Wyjeżdżałem stamtąd, uciekałem przed własnym tchórzostwem. Poddałem się, mamo, i nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielki mam o to do siebie żal. Żyję nadzieją, że los znów skrzyżuje nasze drogi, ale nie wiem, czy odważę się do niej odezwać. Teraz muszę ruszyć z miejsca i wiem, że zrozumiesz, dlaczego robię z twoim domem to, co robię, i że nie będziesz miała mi tego za złe. Ale nie martw się, mamo, nie zapomniałem, że samotność to ogród, w którym nic nie rośnie. Choć dziś żyję bez niej, nigdy nie jestem sam, bo ona gdzieś żyje.

Arthur pogładził biały marmur i usiadł na jeszcze ciepłym po słonecznym dniu kamieniu. Po murze, który otaczał grób Liii, pięła się winorośl. Każdego lata rodziła kilka kiści winogron, jakby w prezencie dla ptaków z Carmelu.

Arthur usłyszał kroki na żwirze i obejrzał się, gdy Paul siadał przed grobem o kilka metrów od niego. Po chwili on także przemówił tonem wyznania.

– Nie wygląda to najlepiej, pani Tarmachov! Pani nagrobek jest w opłakanym stanie, doprawdy, aż wstyd! Minęło dużo czasu, ale to naprawdę nie moja wina. Z powodu kobiety, której ducha widywał, ten szaleniec postanowił porzucić najlepszego przyjaciela. Cóż, lepiej późno niż wcale, przywiozłem wszystko, czego nam trzeba!

Z torby z zakupami wyciągnął szczotkę, płyn do mycia, butelkę wody, a potem zaczął energicznie szorować kamień.

– Mogę zapytać, co ty wyrabiasz? – zainteresował się Arthur. – Czyżbyś znał tę panią Tarmachov?

– Jakim cudem?! Przecież umarła w tysiąc dziewięćset szóstym.

– Paul, skończ na chwilę z tymi wygłupami, przecież to cmentarz, miejsce ciszy i skupienia!



16 из 199