
Rozsuwając ręką oczekujących, Paul przedzierał się w stronę swego najbliższego przyjaciela.
– Chyba nie chcesz mnie udusić – roześmiał się Arthur, którego Paul chwycił w ramiona.
Kioskarka obserwowała ich z rozczuleniem.
– Przestań, to zaczyna być naprawdę żenujące – powiedział Arthur, by położyć kres temu wylewnemu powitaniu.
– Dobrze wiesz, że mi ciebie brakowało – wzruszył ramieniem Paul, prowadząc go do windy, która zjeżdżała na parking. Arthur rzucił drwiące spojrzenie.
– A cóż to za hawajska koszula? Czyżbyś bawił się w Magnum?
Paul przejrzał się w lustrze na ścianie kabiny i wydął usta, zapinając guzik koszuli.
– Wpadłem otworzyć drzwi twojego nowego gniazdka w Delahaye Moving – wyjaśnił Paul. – Firma przeprowadzkowa przedwczoraj dostarczyła kartony. Starałem się to jakoś uładzić, oczywiście w miarę możliwości. Wykupiłeś cały Paryż, czy może byłeś łaskaw zostawić parę drobiazgów w tamtejszych sklepach?
– Dziękuję, że się tym zająłeś. A jak tam mieszkanie? Ładne?
– Zobaczysz, mam nadzieję, że ci się spodoba. W dodatku jest blisko biura.
Odkąd Arthur zakończył budowę ogromnego centrum kultury, Paul robił, co mógł, żeby nakłonić go do powrotu do San Francisco. Nie potrafił wypełnić pustki, jaka powstała w jego życiu po wyjeździe człowieka, którego kochał jak brata.
– Miasto prawie się nie zmieniło – zauważył Arthur.
– Zbudowaliśmy dwie wieże między Czternastą i Siedemnastą Ulicą, hotel i biura, a ty mówisz, że nic się tu nie zmieniło?
– A co słychać w naszym biurze architektonicznym?
– Pomijając problemy z twoimi paryskimi klientami, idzie nam całkiem nieźle. Maureen wraca z urlopu za dwa tygodnie, zostawiła ci na biurku liścik, już nie mogła się ciebie doczekać.
Gdy w Paryżu trwała budowa, Arthur i jego asystentka po kilka razy dziennie rozmawiali ze sobą przez telefon, bo to ona czuwała nad wszystkimi bieżącymi sprawami.
