Hol izby przyjęć pękał w szwach. Nosze, krzesła, wózki inwalidzkie, ławki – wszystkie miejsca, na których można by przysiąść, były zajęte. Lauren zerknęła na listę pacjentów. Ledwie nazwiska tych, których już przyjęto, znikały z białej tablicy, natychmiast na ich miejscu pojawiały się nowe.

– Czyżbym przeoczyła trzęsienie ziemi? – zwróciła się z ironicznym uśmiechem do siedzącej w rejestracji pielęgniarki.

– Całe szczęście, że przyszłaś, zupełnie sobie nie radzimy.

– Właśnie widzę. Co się stało? – zapytała Lauren.

– Przyczepa oderwała się od ciężarówki i wpadła przez witrynę do supermarketu. Dwudziestu trzech rannych, w tym dziesięciu ciężko. Siedmiu leży w boksach za mną, trzech czeka na tomografię, a ja dzwonię na reanimację, żeby przysłali nam kogoś do pomocy – opowiadała Berty, wręczając jej plik papierów.

– Zapowiada się uroczy wieczór! – stwierdziła Lauren, sięgając po fartuch.

I poszła do pierwszego boksu.

Młoda kobieta leżąca na łóżku mogła mieć około trzydziestki. Lauren szybko przeczytała informacje zapisane w karcie. Strużka krwi ciekła z lewego ucha chorej. Lekarka, która tak niedawno cudem powróciła do świata żywych, sięgnęła po przyczepioną do fartucha latarkę laryngologiczną i uniosła powieki pacjentki – źrenice nie reagowały na światło. Obejrzała sine końcówki palców i delikatnie odłożyła rękę pacjentki. Z poczucia odpowiedzialności przytknęła jeszcze stetoskop do klatki piersiowej, zanim zakryła twarz zmarłej prześcieradłem. Lauren zerknęła na zegar ścienny i zapisała godzinę w karcie, a potem wyszła z sali, by udać się do sąsiedniej. Na karcie, którą pozostawiła na łóżku, widniała godzina dwudziesta dwadzieścia jeden, bo czas zgonu musi być równie precyzyjny jak czas narodzin.



7 из 199