– Gdzie oni są? – powtórzył i zawołał: – Tolek! Diaczuk!

Podobnie jak i mnie nikt mu nie odpowiedział.

– Co się stało? – zapytał.

– Nie wiem – odpowiedziałem.

– Zdawało mi się, że amfibia zwaliła się do szczeliny lodowej. Poczuliśmy wstrząs, potem uderzenie, na pewno o ścianę lodową. Upadłem… Potem… Ale dokąd oni wszyscy poszli?

Nie poznawał mnie.

– Wano! – zawołał wstając;

I znowu odpowiedziała mu cisza. Wszystko, co się działo przed kwadransem, powtarzało się teraz w przedziwny sposób. Chwiejąc się podszedł do kabiny nawigacyjnej, obmacał puste siedzenie kierowcy, przeszedł do suszami, nie znalazł tam, jak i ja, nart ani sanek, potem przypomniał sobie o mnie i zawrócił.

– A wy skąd jesteście? – zapytał przyglądając mi się i nagle odskoczył, zasłonił twarz dłonią. – To niemożliwe! Śnię czy co?

– Ja też tak myślałem… z początku – powiedziałem. Już się nie bałem.

Przysiadł na perlonowej kanapce.

– Wy… ty… przepraszam… o, do diabła… jesteś do mnie podobny jak moje własne odbicie w lustrze. Nie jesteś zjawą?

– Nie. Możesz mnie dotknąć, przekonasz się.

– Kim w takim razie jesteś?

– Jurij Pietrowicz Anochin. Kinooperator i radiotelegrafista ekspedycji – powiedziałem dobitnie.

Zerwał się.

– Nie! To ja jestem Jurij Pietrowicz Anochin, operator i radiotelegrafista wyprawy! – krzyknął i znowu usiadł.

Milczeliśmy teraz obaj przyglądając się sobie nawzajem – jeden spokojniejszy, bo widział już i wiedział odrobinę więcej, drugi z obłędem w oczach, powtarzający z pewnością wszystkie moje myśli, które przemknęły przez moją głowę, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem.

W ciszy kabiny miarowo oddychali dwaj jednakowi mężczyźni.



11 из 190