
Na matowym błękicie nieba ukazał się różowy obłok. Jeden jedyny, nie miał sąsiadów ani towarzyszy podróży, był jak plama z wina na obrusie. Zbliżał się do nas niezmiernie powoli, bardzo nisko, znacznie niżej niż chmury burzowe i bynajmniej nie przypominał obłoku. Nie porównałbym go ze sterowcem. Najbardziej ze wszystkiego obłok ten przypominał kawałek rozwałkowanego na stolnicy ciemnoróżowego ciasta albo puszczony na niebo duży malinowy latawiec. Dziwnie podrygując, pulsując zniżał się skośnie ku ziemi jak gdyby był istotą żywą.
– Meduza – powiedział mój „dubler” powtarzając moją własną myśl – żywa, różowa meduza. Tyle że bez macek.
– Nie powtarzaj moich głupich myśli. To jest rzecz, a nie żywe stworzenie.
– Tak sądzisz?
– Podobnie jak ty. Przyjrzyj się uważniej.
– Ale czemu tak podryguje?
– Kłębi się. To przecież gaz albo para wodna. Zresztą może nie wodna. A może… pył – dorzuciłem bez przekonania.
Malinowy latawiec zatrzymał się dokładnie nad nami i zaczął się zniżać. Był o pięćset metrów od nas, nie wyżej. Jego rozedrgane krawędzie odchylały się ku dołowi i ciemniały. Latawiec przekształcał się w dzwon.
– Co za bęcwał ze mnie! – krzyknąłem, pomyślawszy o kamerze. – Przecież trzeba to sfilmować.
I rzuciłem się ku swojej „Charkowiance”. Sprawdzenie, czy kamera działa i czy kaseta z kolorowym filmem nie jest uszkodzona zajęło mi nie więcej niż minutę. Zacząłem filmować od razu, w otwartych drzwiach, potem zeskoczyłem na lód, obiegłem obie amfibie i znalazłem inne stanowisko do robienia zdjęć. I dopiero wtedy zauważyłem, że mój „alter ego” nie ma kamery, że stoi i niepewnie przygląda się mojej krzątaninie.
– Czemu nie filmujesz? – krzyknąłem, nie odrywając oka od wizjera.
– Nie… wiem. Coś mi nie pozwala… nie mogę.
– Co to znaczy: „nie mogę”?
– Nie mogę… tego wytłumaczyć.
