
W milczeniu pobiegliśmy do wyrwy w skorupie firnu. Położyliśmy się na brzuchach, podczołgaliśmy się nad samą krawędź szczeliny lodowej i od razu wszystko zrozumieliśmy. Tylko jedna amfibia wpadła do szczeliny, były bowiem ślady upadku jednego tylko pojazdu. Ugrzęzła o jakie trzy metry poniżej krawędzi szczeliny, pomiędzy jej zbliżającymi się do siebie ścianami. Zobaczyliśmy także stopnie wyrąbane w lodzie zapewne przez Wano albo przez Ziernowa, przez tego z nich, który pierwszy zdołał się wydostać. A zatem druga „Charkowianka” zjawiła się już po katastrofie pierwszej. Ale kto w takim razie wyciągnął tę pierwszą? Przecież sama nie mogłaby się wydostać ze szczeliny.
Jeszcze raz spojrzałem w przepaść. Czerniała coraz to głębsza, złowieszcza, bezdenna. Wyszukałem kawałek lodu odłupany od krawędzi szczeliny, odkruszony zapewne kilofem, którym wyrąbywano schodki, i cisnąłem go w przepaść. Natychmiast zniknął z pola widzenia, ale nie usłyszałem upadku. Przemknęła mi przez głowę myśl – a gdyby tak zepchnąć tam i tego narzuconego mi sobowtóra? Podbiec, chwycić go za nogi…
– Nie wyobrażaj sobie, że to ci się uda – powiedział.
Zmieszałem się najpierw, potem zrozumiałem.
– Ty też o tym pomyślałeś?
– Oczywiście.
– No cóż, zmierzmy się. Któryś z nas powinien przecież zniknąć.
Staliśmy naprzeciw siebie, rozeźleni, zacietrzewieni, rzucaliśmy na śnieg jednakowe cienie. I nagle obydwu nam zachciało się śmiać.
– Farsa – powiedziałem. – Kiedy wrócimy do Moskwy, będą nas pokazywali w cyrku. Anochin do kwadratu.
– Dlaczego w cyrku? W Akademii Nauk. Nowy fenomen, coś jak różowe obłoki.
– Przecież jesteś przekonany, że nie ma żadnych różowych obłoków.
– Tak samo jak ty.
Spojrzałem na niebo i zamarłem. On również uniósł głowę i podobnie jak ja znieruchomiał z otwartymi ustami.
