– Cóż więc się stało po katastrofie?

KTOŚ CZY COŚ?

I odpowiedziano mi:

– Najważniejsze, że żyjecie, Anochin. Prawdę mówiąc byłem przygotowany na najgorsze.

Podniosłem głowę. Stali przede mną Ziernow i Tolek. Mówił Ziernow, Tolek przestępował z nogi na nogę na nartach i machał kijkami. Jak zawsze gruby i kudłaty stracił teraz, jak się zdawało, cały swój ironiczny sceptycyzm, był wesoły i podniecony jak dziecko.

– Skądżeście się wzięli? – zapytałem.

Byłem tak wyczerpany i znużony, że nie miałem nawet dość sił, by się uśmiechnąć.

Tolek zaterkotał:

– Jesteśmy tu bliziutko. No, jakieś półtora kilometra, najwyżej dwa. Rozbiliśmy namiot…

– Poczekajcie, Diaczuk – przerwał mu Ziernow – o tym zdążycie jeszcze powiedzieć. Jak się czujecie, Anochin? Jakżeście się stamtąd wydostali? Dawno?

– Tyle pytań naraz – powiedziałem. Z trudem poruszałem językiem, jak gdybym był pijany. – Zaraz, po kolei… Czy dawno się wydostałem? Nie wiem. Jak się wydostałem? Tego także nie wiem. Jak się czuję? W ogóle to dość normalnie. Żadnych kontuzji, niczego sobie nie połamałem.

– A moralnie?

Uśmiechnąłem się wreszcie, ale musiał to być jakiś kwaśny i nieszczery uśmiech, bo Ziernow natychmiast zapytał znowu:

– Czyżbyście sądzili, żeśmy was tu porzucili na pastwę losu?

– Ani przez chwilę tak nie myślałem – powiedziałem – ale przeżyłem tu dziwne rzeczy.

– Widzę – Ziernow obejrzał naszą nieszczęsną „Charkowiankę”. – Okazało się, że to mocna sztuka. Tylko maleńkie wgięcia. Kto was wyciągnął?

– Nie mam pojęcia – powiedziałem. – Ocknąłem się już tu, na równinie.

– Borysie Arkadiewiczu! – zawołał nagle Tolek. – Jest tylko jeden pojazd. A zatem drugi już odjechał. Mówiłem przecież – amfibia śnieżna albo traktor. Zaczepili stalową linę i rrraz, dwa – hopla!



18 из 190