
Spojrzałem na nazwę jachtu, wypisaną czarnymi literami na rufie, i przypomniałem sobie, jak Terry kiedyś wyjaśniał mi, co znaczy. Powiedział mi, że na falę od rufy trzeba uważać, gdyż nadchodzi od tyłu i jej się nie widzi. Dobra filozofia. Zastanawiałem się teraz, dlaczego Terry nie zobaczył, co i kto zachodzi go od tyłu.
Chwiejnie wygramoliłem się z pontonu na rufę łódki. Sięgnąłem po linę, żeby go uwiązać, ale Graciela mnie powstrzymała.
– Ja nie wchodzę – oznajmiła.
Pokręciła głową, jakby chciała powstrzymać wszelkie namowy, i podała mi pęk kluczy. Wziąłem je i kiwnąłem głową.
– Po prostu nie chcę tam być – dodała. – Raz weszłam, żeby pozbierać te leki, i wystarczy.
– Rozumiem.
– Ponton będzie na przystani czekał na Buddy'ego. Jeśli się pojawi.
– Jeśli się pojawi?
– Jest niespecjalnie słowny. Przynajmniej Terry tak twierdził.
– A jak się nie pojawi, to co mam zrobić?
– Oj, po prostu zamachaj na wodną taksówkę. Przepływają w pobliżu co piętnaście minut. Nie będziesz miał problemu. Możesz mi przynieść rachunek. A właśnie, nie rozmawialiśmy jeszcze o honorarium.
Musiała to powiedzieć, ale oboje wiedzieliśmy, że za tę robotę nie wezmę ani centa.
– Nie trzeba – odparłem. – Jeśli coś wskóram, chcę w zamian tylko jedno.
– Co?
– Terry mówił mi kiedyś o waszej córce. Powiedział, że nazwaliście ją Cielo Azul.
– To prawda. Sam wybrał imię.
– Powiedział ci kiedyś, dlaczego właśnie takie?
– Oświadczył, że po prostu mu się takie podoba. I jeszcze, że kiedyś znał dziewczynę, która się tak nazywała.
Kiwnąłem głową.
– W zamian za tę robotę chciałbym kiedyś ją poznać – to znaczy, kiedy już to wszystko się skończy.
