Komputer wystartował. Tło ekranu przedstawiało błękitne niebo, które skojarzyło mi się z córką McCaleba*.[Cielo azul (hiszp.) – błękitne niebo.] Na tym tle widniało kilka ikon. Od razu zauważyłem, że jedna jest miniaturową teczką. Podpisana była PROFILE. Wiedziałem, że właśnie tę teczkę muszę otworzyć. Przyglądając się dalej, u dołu ekranu zobaczyłem ikonkę przedstawiającą aparat i zdjęcie palmy. Skoro mówiliśmy o zdjęciach, wskazałem na nią.

– Tu są te zdjęcia?

– Tak – odparł Lockridge.

I znów zadziałał nieproszony. Przesunął palcem po małym kwadracie przed klawiaturą, co z kolei przesunęło kursor na ikonę z aparatem. Ekran od razu się zmienił. Lockridge obsługiwał komputer z dużą wprawą, co obudziło moją czujność. Czy Terry McCaleb pozwalał mu go dotykać – w końcu razem prowadzili firmę – a może Lockridge nauczył się tego bez wiedzy wspólnika?

Na ekranie otworzyła się ramka zatytułowana iPhoto. W niej kilka kolejnych teczek. Większość z datami, zwykle było to kilka tygodni lub miesiąc. Jedna nazywała się po prostu POCZTA.

– No to dalej – powiedział Lockridge. – Chcesz zobaczyć klientów z rybami?

– Pewnie, pokaż mi najnowsze fotki.

Lockridge kliknął na teczkę oznaczoną datą z tygodnia poprzedzającego śmierć McCaleba. Otworzyła się, zawierała kilkadziesiąt zdjęć, każde z datą. Kliknął na najnowsze z nich. Minęło kilka sekund i na ekranie wyświetliło się zdjęcie. Przedstawiało mężczyznę i kobietę, spalonych słońcem na raka, z uśmiechem unoszących paskudną brązową rybę.

– Halibut z zatoki Santa Monica – wyjaśnił Buddy. – Niezła sztuka.

– Co to za ludzie?

– Pochodzili chyba z… eee… Minnesoty. Tak, z St. Paul. I chyba nie byli małżeństwem. To znaczy każde miało tam jakiegoś małżonka. Siedzieli jakiś czas na wyspie i żyli na kocią łapę. To ostatni klienci przed naszym czarterem do Baja. Zdjęcia z tamtego rejsu pewnie są jeszcze w aparacie.



31 из 285