
Obraz fotografującego był zbyt drobny i za mało wyraźny w porównaniu z tłem za szybą, naturalnej wielkości podobizną stojącego mężczyzny w kilcie otoczonego stertami książek; podpis głosił: DZIŚ U NAS IAN RANKIN! Zdałem sobie sprawę, że ten afisz pozwala mi co do dnia określić, kiedy zrobiono zdjęcie Gracieli i jej dzieciom. Wystarczyłoby zadzwonić do sklepu i zapytać, kiedy był u nich Ian Rankin. Plakat utrudnił mi jednak rozpoznanie fotografa.
Zasiadłem z powrotem do komputera, znalazłem to zdjęcie wśród miniaturek i powiększyłem. Gapiłem się w nie, uświadamiając sobie, że nie wiem, co mam robić.
Buddy stał w kokpicie i polewał wodą z węża nasadzonego na kvan w nadburciu osiem wędek i kołowrotków, które oparł o rufę. Kazałem mu zakręcić wodę i wrócić ze mną do biura. Zrobił to bez słowa. Kiedy zeszliśmy, wskazałem na stołek, a potem nachyliłem się nad nim i zakreśliłem palcem obszar zdjęcia, gdzie widniało odbicie fotografa.
– Możesz powiększyć ten kawałek? Chcę mu się lepiej przyjrzeć.
– Mogę, ale stracimy szczegóły. Wiesz, to jest cyfra. Nie zobaczy się więcej, niż tam jest.
Nie rozumiałem, co mówi. Powiedziałem, żeby po prostu to zrobił. Postukał w kwadratowe przyciski na górze ramki ze zdjęciem i zaczął powiększać fotografię, a potem przesuwać ją tak, by ukazać wycinek z odbiciem. Zaraz powiedział, że już bardziej powiększyć się nie da. Nachyliłem się tuż nad ekranem. Obraz był jeszcze bardziej niewyraźny. Nawet krata na kilcie pisarza straciła ostrość.
– Nie możesz tego trochę podkręcić?
– To znaczy znowu zmniejszyć? No pewnie, że…
– Nie, nie, żeby trochę wyostrzyć.
– Tyle widać i koniec. Tyle tam jest i już.
– No dobra, wydrukuj je. Przedtem na wydruku lepiej było widać. Może teraz też będzie.
Lockridge wykonał parę operacji, przez minutę niespokojnie czekałem.
