Cherie Dei miała po nią wyjść. Rachel nie widziała koleżanki po fachu od czterech lat, a i tamto spotkanie, w Amsterdamie, było bardzo krótkie. Odkąd spędziła z nią więcej czasu, minęło osiem lat, i nie była pewna, czy ją rozpozna ani czy sama zostanie rozpoznana.

Nie miało to znaczenia. Kiedy przepatrywała morze twarzy i znaków, jeden rzucił jej się w oczy.

BOB BACKUS

Kobieta, która go trzymała, uśmiechała się do niej. Według niej to był żart. Rachel zbliżyła się, nie odwzajemniając uśmiechu.

Cherie Dei miała rudawobrązowe włosy spięte w kucyk. Była atrakcyjna, szczupła, z ładnym uśmiechem i oczyma wciąż pełnymi blasku. Rachel pomyślała, że wygląda raczej na matkę dwojga dzieci chodzących do katolickiej szkoły niż na łowczynię seryjnych morderców.

Dei wyciągnęła rękę. Przywitały się, Cherie wskazała tabliczkę.

– Wiem, kiepski dowcip, ale wiedziałam, że rzuci ci się w oczy.

– Tu się nie pomyliłaś.

– Długo czekałaś na przesiadkę w Chicago?

– Kilka godzin. W Rapid City nie ma za wiele do wyboru, leci się do Denver albo do Chicago. Na O'Hare podają lepsze jedzenie.

– Masz jakieś bagaże?

– Nie, tylko to. Możemy iść.

Rachel wzięła średniej wielkości torbę podróżną. Spakowała tylko kilka zmian ubrania. Dei wskazała na jeden z rzędów szklanych drzwi i ruszyły w tamtą stronę.

– Ulokujemy cię w Embassy Suites, tam gdzie śpi większość nas. Mało brakowało, żeby się nie udało, ale ktoś odwołał rezerwację. Wszędzie brak miejsc, bo jest ta walka.

– Jaka walka?

– Nie wiem, jakaś tam bokserska, w wadze superciężkiej czy superpółśredniej, w którymś kasynie. Nie zwróciłam- uwagi. Wiem tylko, że dlatego panuje tu taki tłok.



46 из 285