
W tym mieście pewnie można codziennie spotkać z pięćdziesiąt tysięcy ludzi w czapkach Dodgersów, toteż nic na sto procent nie wiadomo. Ale jednego jestem pewny: nie wierzę w przypadki. Popatrzyłem na rozmazane odbicie fotografa i nagle domyśliłem się, że to ów tajemniczy facet. Jordan Shandy.
Lockridge też to zauważył.
– Jasna cholera – rzucił. – To ten facet, nie? Gość z czarteru. Shandy.
– Tak. Chyba tak.
Położyłem obok zdjęcie Shandy'ego z makrelą. Nie można było stwierdzić jednoznacznie, że jest podobny, ale nie dało się również tego wykluczyć. Ale podświadomie czułem, że to on. Wiedziałem, że ten sam człowiek, który wziął Terry'ego na niezapowiedziany, samotny czarter, śledził i fotografował jego rodzinę.
Nie wiedziałem natomiast, skąd wzięły się te zdjęcia u McCa-leba i czy zauważył to samo co ja przed chwilą.
Zacząłem układać fotografie. Przez cały czas próbowałem poskładać to wszystko, znaleźć jakieś powiązanie. Ale nie dałem rady. Miałem za mało elementów tego obrazka. Zaledwie kilka. Instynkt podpowiadał mi, że to była jakaś przynęta na McCaleba. Zdjęcia rodziny przyszły do niego mailem albo na karcie pamięci, albo na CD. A ostatnie dwa były kluczem. Pierwsze trzydzieści cztery to przynęta. Ostatnie dwa to ukryty w środku haczyk.
Pomyślałem, że przesłanie jest oczywiste. Autor zdjęć chciał zwabić McCaleba na pustynię. Na Zzyzx Road.
9
Rachel Walling zjechała ruchomymi schodami do przepastnej hali odbioru bagażu na lotnisku McCarran International. W samolocie z Dakoty Południowej miała bagaż ze sobą, ale terminal był tak zaprojektowany, że każdy pasażer musiał tędy przejść. Wokół końca schodów tłoczyli się oczekujący. Kierowcy limuzyn trzymali tabliczki z nazwiskami swych klientów, inni po prostu nazwy hoteli, kasyn lub biur turystycznych. Dochodząca stamtąd kakofonia dźwięków atakowała ją w miarę, jak zjeżdżała. W niczym nie przypominało to lotniska, gdzie rozpoczęła podróż dziś rano.
