
Kiedy mijała mnie w ciasnym przedpokoju, poczułem aromat słodkich pomarańczy. Zapamiętałem go z pogrzebu, kiedy ściskałem jej ręce w swoich dłoniach, mówiłem, jak mi jest przykro, i proponowałem wszelką pomoc, jeśli kiedykolwiek będzie jej potrzebować. Wtedy miała na sobie czarny strój, dziś – kwiecistą letnią sukienkę, która lepiej pasowała do tego zapachu. Wskazałem salon i poprosiłem, żeby usiadła na kanapie. Zapytałem, czy napije się czegoś, choć wiedziałem, że w domu nic nie mam, może poza paroma butelkami piwa i wodą z kranu.
– Nie trzeba, panie Bosch. Dziękuję.
– Proszę mi mówić Harry. Nikt nie mówi do mnie „panie
Bosch”.
Spróbowałem uśmiechu, ale nie zadziałał. Zresztą tego się spodziewałem. Wiele w życiu przeszła. Widziałem film. A teraz ta ostatnia tragedia. Usiadłem na krześle naprzeciwko kanapy i czekałem. Odchrząknęła, zanim się odezwała.
– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego chciałam z tobą porozmawiać. Przez telefon wiele nie powiedziałam.
– Nic nie szkodzi – odparłem. – Ale i tak mnie to zaciekawiło. Mogę coś dla ciebie zrobić?
Skinęła głową i spuściła wzrok na dłonie, w których trzymała małą torebkę, obszytą czarnymi paciorkami. Wyglądała, jakby kupiła ją na pogrzeb.
– Coś tu nie gra i nie bardzo wiem, do kogo mam się zwrócić. Wystarczająco orientuję się w sprawach Terry'ego – to znaczy, czym on się zajmował – żeby wiedzieć, że nie mogę pójść na policję. Jeszcze nie. Poza tym to oni do mnie przyjdą. Chyba już niedługo. Ale na razie potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać, kto mi pomoże. Mogę ci zapłacić.
Wychyliłem się w przód, oparłem łokcie na kolanach i złożyłem razem dłonie. Spotkałem ją tylko raz – właśnie na tym pogrzebie. Jej mąż i ja kiedyś dobrze się znaliśmy, ale dość dawno temu. A teraz było już za późno. Nie wiedziałem, skąd brało się to zaufanie, o którym mówiła.
