
Dei zwolniła, podjeżdżając do posterunku ustawionego mniej więcej sto jardów przed obozem. Facet w niebieskim kombinezonie, z białymi literami FBI na kieszeni na piersi, stał obok plażowego namiotu o otwartych bokach. Pustynny wiatr mało nie wyrwał śledzi, zdążył także zwichrzyć włosy agentowi.
Dei opuściła szybę. Nie chciało jej się nawet podać nazwiska czy dokumentu. Wszyscy ją tu znali. Wymieniła nazwisko Rachel i przedstawiła ją jako „agenta-gościa”.
– Ma zgodę od agenta Alperta? – zapytał głosem suchym i płaskim jak niecka pustyni za jego plecami.
– Tak, ma.
– No dobra. Potrzebuję jej dokumentów.
Rachel podała mu etui. Agent zapisał numer legitymacji.
– Z Quantico?
– Nie. Dakota Południowa.
Rzucił jej spojrzenie, które sugerowało, że wie, iż coś spieprzyła.
– Miłej zabawy – powiedział, odwracając się do swego namiotu.
Dei ruszyła naprzód, zamykając okno i owiewając agenta chmurą kurzu.
– Jest z biura terenowego w Vegas – wyjaśniła. – Nie są specjalnie szczęśliwi, że grają drugie skrzypce.
– I co w tym dziwnego?
– No właśnie.
– Czy Alpert dowodzi śledztwem?
– Tak.
– Jaki jest?
– Wiesz, pamiętasz tę twoją teorię, że agenci są albo morfami, albo empatami?
– Tak.
– On jest morfem.
Rachel kiwnęła głową.
Podjechały do małej kartonowej tabliczki przyklejonej taśmą do jukki. Głosiła „SAMOCHODY” i wskazywała strzałką na prawo. Dei skręciła. Zaparkowały ostatnie w rzędzie czterech równie brudnych crown victorii.
– A ty? – zapytała Rachel. – Kim ty się okazałaś?
Dei nie odpowiedziała.
– Jesteś gotowa? – spytała Dei.
– Oczywiście. Przez cztery lata czekałam, aby znowu się nim zająć. I tu jest początek.
