
Minęły drogowskaz, mówiący, że jadą na Soda Springs, po czym droga skręciła, a Rachel znienacka ujrzała białe namioty, wozy kempingowe, furgonetki i inne pojazdy. Na lewo od obozu stał zgniłozielony helikopter. Dalej, za obozem, u podstawy wzgórz widać było nieduży zespół budynków. Wyglądał jak przydrożny motel, ale nie dostrzegła tam znaków życia ani żadnej drogi.
– Co to za miejsce? – zapytała Rachel.
– Zzyzx – odparła Dei, wymawiając to „zaiziks”. – Jak się zdaje, największe zadupie we wszechświecie. Jakiś radiowy kaznodzieja tak to nazwał i wybudował sześćdziesiąt lat temu. Mógł zająć tę ziemię, bo obiecał rządowi, że ją zagospodaruje. Płacił żulom ze slumsów LA, żeby coś tu robili, a sam gadał przez radio i namawiał wiernych, żeby tu przyjeżdżali, kąpali się w wodzie ze źródeł i pili wodę mineralną, którą butelkował. Biuro Gospodarki Ziemią przez dwadzieścia pięć lat nie mogło się go pozbyć. A potem zamienili to w uniwersytecki ośrodek badań nad pustynią.
– Dlaczego tutaj? Czemu Backus zakopał ich tutaj?
– Przypuszczalnie dlatego, że to ziemia federalna. Chciał mieć pewność, że nad sprawą będziemy pracować my – to znaczy zapewne ty. Jeśli tak chciał, udało mu się. Mamy tu poważne roboty ziemne. Musieliśmy przywieźć własne generatory prądu, przyczepy kempingowe, jedzenie, wodę, wszystko.
Rachel nic nie powiedziała. Przyglądała się wszystkiemu, od miejsca przestępstwa aż po odległy horyzont obejmujący szare górskie grzbiety. Nie zgadzała się z opinią Dei. Słyszała już, jak ktoś mówił o nieziemskim pięknie wybrzeża Irlandii. Pomyślała, że także jałowy, księżycowy krajobraz pustyni jest na swój sposób piękny. Surowy rodzaj piękna. Niebezpieczny. Nigdy nie spędziła więcej czasu na pustyni, ale przez lata w obu Dakotach nauczyła się doceniać surowość natury, puste krajobrazy, w których człowiek jest intruzem. To była jej tajemnica. Pojechała, jak to się w Biurze mówiło, na „zesłanie”. Miało ją zmęczyć i zmusić do rezygnacji. Lecz ona w tej grze zwyciężyła. Przetrwałaby tam, ile tylko trzeba.
