Pewnie już go nigdy więcej nie weźmie do ust. Straszyłby go tym upiorem. Ciekaw był, co się stało z tym chłopcem i czy zrobił to celowo, czy był to wypadek? Dziś pewnie jest już ojcem, a może nawet dziadkiem. Czy wciąż nawiedza go w snach siostra, którą zabił? Czy zapamiętał młodego, podenerwowanego policjanta po drugiej stronie biurka? Rebus przesunął dłonią po podłodze: była wyłożona parkietem, gładko wyszlifowanym i polakierowanym. Policja jeszcze go nie zerwała. Wyczuł szczelinkę między dwiema klepkami i spróbował wcisnąć w nią paznokcie, jednak nie udało się ich o nic zaczepić. Jakimś cudem przewrócił przy tej okazji szklankę, która zaczęła się toczyć tak głośno, że ten hałas nagle wypełnił cały pokój. Rebus obserwował jej wędrówkę przez pokój, aż do momentu gdy dotarła do otwartych drzwi i zatrzymała się na czyichś butach.

– Co się tu, do diabła, dzieje?

Rebus wstał. Mężczyzna stojący w drzwiach był po czterdziestce, ręce wetknął w kieszenie czarnej wełnianej dyplomatki sięgającej mu do kolan. Mężczyzna zrobił krok do przodu i wypełnił sobą całe wejście.

– Kim pan jest? – spytał Rebus.

Mężczyzna wyciągnął rękę z kieszeni i podniósł ją do ucha. W dłoni trzymał telefon komórkowy.

– Dzwonię po policję – oznajmił.

– Ja jestem z policji – oświadczył Rebus, sięgnął do kieszeni i wyciągnął legitymację służbową. – Detektyw inspektor Rebus.

Mężczyzna uważnie obejrzał legitymację i oddał ją Rebusowi.

– Nazywam się John Balfour – przedstawił się głosem nieco łagodniejszym.

Rebus kiwnął głową; sam się już tego domyślił.

– Przykro mi, jeśli… – Rebus nie dokończył, bo w trakcie chowania legitymacji jego lewe kolano na moment lekko się ugięło.

– Pan jest pijany – powiedział Balfour.

– Przykro mi, niestety tak. Pożegnanie kolegi. Ale nie jestem tu na służbie, ani nic takiego.

– Wobec tego, czy mogę zapytać, co pan robi w mieszkaniu mojej córki?

– Może pan. – Rebus kiwnął głową i rozejrzał się wokół. – Chciałem tylko… znaczy, chodzi mi o to, że… – Zabrakło mu słów.



17 из 506