
– Co się tu, do diabła, dzieje?
Rebus wstał. Mężczyzna stojący w drzwiach był po czterdziestce, ręce wetknął w kieszenie czarnej wełnianej dyplomatki sięgającej mu do kolan. Mężczyzna zrobił krok do przodu i wypełnił sobą całe wejście.
– Kim pan jest? – spytał Rebus.
Mężczyzna wyciągnął rękę z kieszeni i podniósł ją do ucha. W dłoni trzymał telefon komórkowy.
– Dzwonię po policję – oznajmił.
– Ja jestem z policji – oświadczył Rebus, sięgnął do kieszeni i wyciągnął legitymację służbową. – Detektyw inspektor Rebus.
Mężczyzna uważnie obejrzał legitymację i oddał ją Rebusowi.
– Nazywam się John Balfour – przedstawił się głosem nieco łagodniejszym.
Rebus kiwnął głową; sam się już tego domyślił.
– Przykro mi, jeśli… – Rebus nie dokończył, bo w trakcie chowania legitymacji jego lewe kolano na moment lekko się ugięło.
– Pan jest pijany – powiedział Balfour.
– Przykro mi, niestety tak. Pożegnanie kolegi. Ale nie jestem tu na służbie, ani nic takiego.
– Wobec tego, czy mogę zapytać, co pan robi w mieszkaniu mojej córki?
– Może pan. – Rebus kiwnął głową i rozejrzał się wokół. – Chciałem tylko… znaczy, chodzi mi o to, że… – Zabrakło mu słów.
