Dziewczyna, która ustąpiła miejsca, przysunęła się blisko niego, choć inni stojący pasażerowie przesuwali się akurat w odwrotnym kierunku.

— Jestem pewna, że gdzieś już pana spotkałam — zaczęła trochę niepewnie, ale po chwili zaczęła mówić szybciej, jakby przypominając sobie właściwe słowa. — Nazywam się Ifigenia Smith, a gdy pan mi powie swoje nazwisko, na pewno przypomnę sobie, gdzie zostaliśmy sobie przedstawieni.

Irving Bommer odetchnął głęboko wewnątrz swojej psyche i rozparł się na siedzeniu. On i biologia nareszcie się ze sobą spotkali.

Do wejścia dla pracowników Magazynu Gregwortha przyprowadził niewielki pochód. Nieutulone w żalu, ponieważ windziarz odmówił wpuszczenia klientów do rozklekotanej windy tylko dla personelu, zebrały się u stóp szybu i patrzyły, jak wjeżdża, jakby był Adonisem, a dzień przesilenia dnia z nocą był już blisko.

Humphries złapał go, gdy bazgrał w pośpiechu swoje nazwisko na liście.

— Siedem minut spóźnienia. Niedobrze, Bommer, niedobrze. Nie chce nam się wysilić, żeby zdążyć na czas, co? Musimy się naprawdę starać.

— Zapomniałem nastawić budzik — wymamrotał Irving Bommer.

— To musimy pamiętać, prawda? Bądźmy dorośli, przyznajmy się do błędu i starajmy się poprawić. — Kierownik docisnął perfekcyjnie zawiązany krawat jeszcze o milimetr i skrzywił się. — Co to za zapach, u licha? Bommer, czy wy się nie myjecie?

— Taka jedna wylała coś na mnie w pociągu. Zejdzie.

Udało mu się wyjść z twarzą, więc skierował się do swego zwykłego stanowiska przy tarkach i nożykach do obierania i szatkowania warzyw, mijając po drodze garnki, patelnie i szybkowary.

Ledwie zaczął ustawiać przedmioty na ladzie, szykując się do pracy, gdy gong oznajmił, że świat zewnętrzny może już wejść i skorzystać z Wielkiej Obniżki Cen u Gregwortha.



12 из 20