
— Czy to on to sprzedaje? — spytała potężnie zbudowana niewiasta ze szczęką jak u boksera. Humphries skinął głową.
— To wezmę jeden. Ale niech on mi poda.
— Ja wezmę dwa. Da mi pan dwa?
— Pięć! Ja chcę pięć. Pierwsza poprosiłam, tylko nikt mnie nie usłyszał.
— Drogie panie — Humphries rozpromienił się. — Nie pchajmy się i nie kłóćmy. Dla wszystkich starczy noży typu „Sen Hollywoodu”. Widzicie, Bommer, widzicie? — syknął. — Co może zrobić krótka reklama? Nie straćmy teraz żadnej klientki; spieszmy się.
Odszedł uszczęśliwiony, strzelając palcami przy okolicznych stoiskach, o które żeńska część obsługi opierała się pogrążona w tym samym niepokojącym bommertropiźmie. — Prosto, dziewczęta, przywitajmy z animuszem nowy dzień pracy. A to — rzekł sam do siebie, idąc do swego biura, żeby wykłócać się z pierwszą grupą przedstawicieli producentów — a to wygląda jak dzień triumfu dla tarek i noży do obierania.
Aż do pory lunchu nie podejrzewał, że była to wyjątkowo słuszna uwaga gdy magazynier wpadł do niego krzycząc:
— Panie Humphries, muszę mieć więcej ludzi! Nie dajemy sobie rady w magazynie!
— Z czym? Z czym sobie nie dajecie rady?
— Z obsługiwaniem stoiska Bommera, ot z czym! — Kierownik magazynu wyrwał sobie garść włosów z głowy i okrążył biurko. — Wszystkich moich ludzi wyznaczyłem do tego jednego stoiska, już więcej nie mam nikogo, nikt nie przyjmuje towarów, a jak tylko dostarczamy mu z magazynu, on to sprzedaje. Czemu mi pan nie powiedział, że mamy dziś rozdawnictwo tarek i noży do obierania? Zamówiłbym więcej ze składu, zamiast teraz wydzierać się na nich co pół godziny. Poprosiłbym Cohena z nowoczesnych mebli albo Blade’a z dziecięcych ubranek, żeby mi oddali paru ludzi.
