Humphries pokręcił głową.

— W tarkach i nożach do obierania nie ma żadnej wyprzedaży, ani rozdawnictwa, ani wyprzedaży posezonowej, ani nawet zwykłej obniżki cen. Weź się w garść, człowieku, niespodzianki nie mogą nas załamywać. Rzućmy okiem, to się dowiemy, co i jak.

Otworzył drzwi biura i momentalnie okazał znajomość klasycznej techniki zamiany człowieka w słup soli. Całe pomieszczenie było wypełnione falującą, ciężko dyszącą masą kobiet, których jedynym celem było stoisko z tarkami i nożami do obierania. Irvinga Bommera zupełnie nie było widać spod powodzi głów w poprzekrzywianych kapeluszach, ale, od czasu do czasu, pusty karton odpływał z pozycji geograficznej przybliżonej do Irvinga i słychać było jego słaby, zachrypły głos wołający:

— Więcej noży, magazyn, dajcie mi więcej! Już mi się kończą! One się niecierpliwią!

Wszystkie pozostałe stoiska na całym piętrze świeciły pustką — ani obsługi, ani klientów.

Z rozdzierającym okrzykiem: „Trzymaj się, Bommer, trzymaj się, chłopie!” kierownik podciągnął mankiety i rzucił się do ataku. Przeciskając się obok kobiet tulących całe kartony noży do obierania kartofli do ciężko dyszących piersi, zauważył, że ten specyficzny emanujący z Bommera zapach czuć było teraz z daleka. I był coraz silniejszy, coraz bardziej ostry…


Irving Bommer wyglądał jak człowiek, który zstąpił do Doliny Cieni i ujrzał tam coś bardziej przerażającego, niż takie drobiażdżki jak Szatan. Koszulę miał rozpiętą, krawat przewieszony przez jedno ramię, po drugiej stronie zwieszały się u ucha oprawki okularów. Czerwone żyłki pokrywały jego umęczone oczy, pot lał się po nim w takim tempie, że ubranie wyglądało, jakby wyszło prosto z pralki pełnej zapału do pracy.



15 из 20