
— Szybko, szybko — popędzał kierowcę. — Pospiesz się, pospiesz się, pospiesz się…
— Robię, co mogę, kolego — rzucił mu przez ramię taksówkarz. — Przestrzegam przepisów. Czego nie można powiedzieć o tych świrniętych damulkach z tyłu.
Wyglądając niespokojnie przez tylną szybę Irving Bommer ujrzał wymachujących rękami policjantów i kompletny brak szacunku dla czerwonych świateł, a także dla poprzecznego ruchu u wszystkich samochodów szarżujących za nimi. Za każdym razem, kiedy jego kierowca stawał, tłoczyło się za nim więcej zmotoryzowanych kobiet.
A w miarę jak narastał w nim lęk, pot lał się coraz obfitszy, a jego opary roznosiły się po całej ulicy.
Gdy dojedzie do domu, weźmie kąpiel — oto, co zrobi — weźmie prysznic i jakimś dobrym mydłem zetrze z siebie to okropieństwo. Ale musi się spieszyć.
Hamulce taksówki zapiszczały, zatrzymując z wysiłkiem koła.
— Jesteśmy na miejscu, proszę pana. Dalej nie da rady. Jakieś rozruchy.
Płacąc kierowcy, Irving Bommer spojrzał przed siebie i zadrżał. Ulica była pełna kobiet.
Butelka płynu po goleniu — ot co. Miała nie zabezpieczony rozpylacz i trochę zapachu się ulotniło. Butelka była prawie pełna, więc miała wielką moc. Ale jeśli zwykły przeciek zrobił coś takiego…
Kobiety stały na ulicy, na podwórku, wpatrzone w jego okno jak psy, którym opos uciekł na drzewo. Były bardzo cierpliwe, bardzo spokojne, ale od czasu do czasu gdzieś odzywało się westchnienie, które szybko przemieniło się w armatni grzmot.
— Słuchaj — odezwał się do taksówkarza. — Poczekaj na mnie. Może pojedziemy dalej.
— Tego nie mogę obiecać. Nie lubię takich tłumów.
Irving Bommer naciągnął marynarkę na głową i pobiegł do wejścia pensjonatu. Twarze — zaskoczone i uszczęśliwione — zaczęły obracać się w jego stronę.
