
Wyglądało na to, że ona — i, jak zauważył, wszystkie naokoło — była w stanie wbić mu w serce nóż typu „Sen Hollywoodu” bez mrugnięcia powieką. Przełknął ślinę i podciągnął mankiety.
— Panie Humphries, czy ja nie mógłbym iść do domu — odezwał się płaczliwie Irving. — Jakoś nie czuję cię zbyt dobrze. A teraz, gdy skończy się towar, nie ma chyba sensu, żebym tu sterczał.
— Hm — kierownik zastanowił się — nie można powiedzieć, że to nie był pracowity dzień, no nie? A jak się czujemy źle, no to czujemy się źle. Oczywiście nie możemy liczyć na zapłatę za to popołudnie, ale możemy iść do domu.
— O rany, dzięki — zawołał Irving i ruszył do wyjścia, ale Humphries przytrzymał go za łokieć. Zakaszlał.
— Chyba już ci mówiłem, Bommer, że ten zapach wcale nie jest niemiły. Nawet dość przyjemny. Mam nadzieję, że nie uraziłem cię tą moją bezmyślną uwagą co do niemycia się.
— Nie, wszystko w porządku. Nie czuję się urażony.
— Cieszy mnie to. Nie chciałbym cię obrazić. Chcę, żebyś mnie polubił, Bommer, żebyś czuł, że jestem twoim przyjacielem. Ja naprawdę…
Irving Bommer wyrwał się i uciekł. Przedzierał się przez tłum kobiet, które niechętnie rozstępowały się, aby zrobić mu przejście, ale ciągle, bezustannie dotykały rękami — po prostu dotykały! — którejś części jego obolałego ciała.
Wyrwał się z tłumu i zdążył akurat do windy dla obsługi. Gdy drzwi windy zamknęły się przed nosem najżarliwszej awangardy, zadrżał, usłyszawszy głodny, rozpaczliwy jęk. Zjeżdżając na dół, usłyszał dziewczęcy głos zawodzący:
— Słuchajcie, wiem gdzie on mieszka! Zaprowadzę was do jego domu!
Co za cholerna współpraca, zgrzytnął zębami. Zawsze marzył, że będzie męskim bożkiem, ale nigdy nie przypuszczał, że otaczać go będzie uwielbienie okazywane mu z takim oddaniem.
Wybiegł z windy na parterze i zatrzymał taksówkę. Spostrzegł, że windziarka wybiegła zaraz za nim i teraz wyprzedza drugą. Jak oszalały rzucał wskazówki kierowcy. Zobaczył, że na drugiej stronie ulicy kobiety wskakują do taksówek i wydają rozkazy kierowcom autobusów.
