
– Dzień dobry! Dzień dobry! Dzień dobry!
– Proszę jechać z nami, pani Chmiel!
– Serdecznie witamy, pani Chmiel!
Nie była oczywiście w stanie odpowiedzieć wszystkim – ograniczyła się do skinień i uśmiechu. Podniecenie powoli opadło, pierścień młodzieży wokół Ireny przerzedzał się i po kilku minutach towarzyszyło jej tylko dwóch starych wielbicieli – ku swemu żalowi nie mogła przypomnieć sobie ich imion.
– Pani Chmiel – niepewnie zapytał wysoki, chudy okularnik. – Czy można... prosić o autograf? Specjalnie znalazłem to czasopismo... Numer, w którym jest pani opowiadanie...
Zmieszała się, jak zawsze, gdy studenci wspominali o jej publikacjach. Przytaknęła.
– Mówią, że niedługo ukaże się książka? Proszę powiedzieć, pani Chmiel... – okularnik się zawahał. – Dlaczego u pani wszystko tak źle się kończy?
– Aż tak źle? – Uśmiechnęła się, kryjąc zmieszanie. – Główny bohater zginął i jest to rzeczywiście przykre, wiedział jednak, co ryzykuje...
Chłopak się zaczerwienił.
– Nie o to mi chodzi... Źle, że jego dziewczyna wyszła za mąż za barona. Źle, że... no, w ogóle, to...
– Czy świadomie... mmm... zanegowała pani archetyp romantycznej legendy? – zapytał cicho drugi student, barczysty i krępy, choć z dziecięcą, pyzatą twarzą.
– W pełni świadomie. – Spojrzała młodzieńcowi o okrągłej twarzy w oczy, lecz nie speszył się pod tym spojrzeniem. Po dorosłemu wydął wargi.
– Wychodzi na to, że negacja, wypaczenie romantyki... jest pani firmową metodą twórczą?
Zamyśliła się.
Studenci krzątali się wokół autobusów, okularnika ktoś pociągnął za rękaw, a tego z okrągłą twarzą zawołał jakiś kolega; w samochodzie niecierpliwie wiercił się profesor.
