
– Porozmawiamy o tym w przyszłym trymestrze – rzekła, siadając za kierownicą. – Udanych wakacji.
– Nawzajem, pani Chmiel... Proszę więcej pisać.
– Biedni chłopcy – rzekł profesor, gdy autobusy skrył się z widoku. – Każdy ożeni się ze swą suką i stanie się jak inni... Niech pani sama powie, Ireno. Kiedy otwieram książkę, chcę odpocząć, chcę narkotyku... A suk mam dość na co dzień...
– Nie trzeba się było z nią kłócić – rzekła Irena, przypominając sobie Pacyfikatorkę.
– Nie w tym rzecz... Wie pani, dlaczego nie mogę czytać pani opowiadań? Dlatego, że gdy dama występuje w krynolinach, a mężczyźni w kolczugach i z mieczami, oczekuję na bajkę, Ireno. Na inny, że tak powiem, świat... konstrukcję tego świata... żeby były w nim leśne duchy, przeróżne gnomy, krwawe wojny, surowe prawa... miłość... a nie domowe, proszę wybaczyć, awantury ze smutnym zakończeniem.
– Zastanowię się nad tym – rzekła. I nie była to zdawkowa odpowiedź. Istotnie miała zamiar to przeanalizować, jednak związek jej przemyśleń ze słowami profesora był kwestią drugorzędną.
– Proszę się tylko nie obrażać...
Zahamowała przed domem profesora.
– Bardzo dziękuję, Ireno... Życzę sukcesów twórczych. I niech pani choć trochę odpocznie podczas wakacji.
– Dziękuję, nawzajem.
Profesor postawił jedną nogę na ziemi. Zatrzymał się jednak, jakby w niezdecydowaniu, i odwrócił:
– Niesłusznie uważa pani, że wszyscy mężczyźni na świecie to zapatrzeni w siebie egoiści, Ireno.
– Zastanowię się... – zaczęła z przyzwyczajenia, w porę się jednak zreflektowała – Wcale tak nie uważam.
Profesor ze smutkiem pokiwał głową.
– Wiem.. No cóż. Do widzenia.
* * *
Pierwszą rzeczą, którą zrobiła po powrocie do domu, było wyciągnięcie żółwia spod kanapy i położenie go na dywaniku w świetle nocnej lampki. Żółw, przypominający zakutego w zbroję rycerza, zmierzył Irenę bezmyślnym spojrzeniem paciorkowatych oczu; nie reagował on na swoje imię ani żadne inne komendy. Irena trzymała go tak po prostu, dla kaprysu.
