
Westchnęła.
– Zastanowię się...
– Dobrze – głos w słuchawce sposępniał. – Zadzwonię jutro rano.
– Oczywiście – rzekła z ulgą i odłożyła słuchawkę.
Sensej kręcił się wokół kanapy i kładł łapy na kocu, co nie było wskazane, bo miał je oczywiście całe uwalane w błocie.
...Na próżno wierzycie, chłopcy, że w tym uczciwym świecie spotkacie silnych ludzi, znajdziecie godne was miejsce... Gdyż ci, którzy faktycznie potrafią znaleźć takie miejsce, mogą to zrobić w każdym świecie... Wygrywają wybory, obracają milionami i w ogóle nie czytają bajek. Właśnie dlatego sami się oszukujecie, chłopcy... A ja nie będę przykładać do tego ręki.
– Co za bzdury – rzekła na głos. – Też mi problemy. Znów zadzwonił telefon. No nie; jeszcze raz i go wyłączy.
Dzwoniła znajoma. Niezbyt bliska, ale całkiem sympatyczna. Z tych, z którymi ciekawie jest porozmawiać dwa razy w miesiącu i spotkać się dwa razy w roku.
– Jakie masz plany na wieczór, Ireno?
– Śpię – odparła uczciwie.
– Jeśli chcesz, przyjedziemy po ciebie. Dziś jest rocznica ślubu Igora i Janki; chcieliśmy...
Irena z trudem przypomniała sobie, kim są Igor i Janka. Ach tak, równie sympatyczni ludzie...
– ...ciekawe towarzystwo. I kilku twych czytelników i wielbicieli. Jeszcze ich nie znasz... Wszyscy bardzo chcą cię poznać. Przyjedziesz?
Irena milczała. Głos w słuchawce stracił nieco na pewności siebie.
– Chyba nie jesteś chora... Ireno?
Pomyślała, że należy odpowiedzieć „tak". Zasymulować chorobę, by nikt się nie obraził.
Wstawać z kanapy? Ubierać się, robić makijaż? Dokądś jechać, by wrócić po północy z ciężką głową, pachnąc cierpkimi perfumami i cudzymi papierosami?
Żółw pod lampką nocną flegmatycznie poruszał szczękami.
– Wybacz – westchnęła Irena, – ale nie pojadę. Mam zbyt dużo... – chciała powiedzieć „pożywki do rozmyślań", jednak w ostatniej chwili się rozmyśliła. – Mam zbyt dużo... pracy.
