
– Ale to tylko jeden wieczór – przyjaciółka, sądząc po głosie, jednak się obraziła. – Przecież nie tak znów często cię... niepokoimy!
– Wybacz. – Irena wiedziała, że kilka minut po odłożeniu słuchawki przyjdą jej do głowy wszelakie wyjaśnienia i przemyślne usprawiedliwienia, nie będzie już ich jednak miał kto wysłuchać.
A Sensej i żółw dawno przyzwyczaili się do jej monologów. I być może znali wszystkie jej argumenty z wyprzedzeniem.
* * *
Zamiotła podwórze. Popatrzyła, jak słońce kryje się za górami. Rozpaliła ognisko, spróbowała na podstawie dymu określić jutrzejszą pogodę – i jej się to nie udało. Sensej biegał, odrzucając tylnymi łapami grudy ziemi, i jego podniecenie częściowo udzieliło się Irenie. Koniec końców była już prawie wiosna.
Dzwonek telefonu wyrwał ją ze stanu zadumy. Telefon mruczał długo i uparcie – idąc do niego, Irena naliczyła piętnaście dzwonków.
– Pani Chmiel?
Ten sam nieznany numer. I co ciekawe, podobnie nieznajomy głos. Przecież prosiła, by nikomu nie dawać numeru jej telefonu.
– Nazywam się Peter Nikołan, pani Chmiel; proszę mi wybaczyć, jeśli panią niepokoję...
Zrobił pauzę, jakby specjalnie po to, by mu uprzejmie zaprzeczyła – że to niby nic strasznego, że słucha.
Lecz ona milczała. Gdyż nieznajomy rzeczywiście ją zaniepokoił.
– Chodzi o pani męża, Andrzeja Kromara.
– Mojego byłego męża – poprawiła go automatycznie.
Potem ugięły się pod nią nogi i usiadła na kanapie.
– Żyje?
– Dlaczego od razu wysuwa pani tak tragiczne przypuszczenia, pani Chmiel?
– Żyje?
– Tak, oczywiście... Widzi pani... Tak w ogóle, to jestem z Rady Bezpieczeństwa Publicznego.
Irena głęboko westchnęła. Serce waliło jej jak szalone; zdaje się, że nawet żółw odwrócił swą zakutą w pancerz głowę i błysnął paciorkami bezmyślnych oczu.
