
Wszystkich, z wyjątkiem wytrzymałości.
Myra skupiła uwagę. Podniosła się z wysiłkiem. Była taka piękna. Choroba zabarwiła mocnym rumieńcem jej policzki, poranne, słońce rozświetlało jej włosy.
— Kochany — powiedziała. — Może pozwoliłbyś mi zostać jeszcze jakiś czas? Może sama bym wyzdrowiała. — Jednak jej wzrok szybko tracił ostrość.
— Najdroższy… — Oparła się ciężko o krawędź stołu. — Kiedy będziesz miał nową żonę… Postaraj się pamiętać jak bardzo cię kochałam. — Usiadła z twarzą jak maska.
— Pójdę po samochód — wymamrotał Morcheck i wybiegł na zewnątrz. Jeszcze chwila, a sam mógłby się załamać.
Idąc w stronę garażu czuł się zmęczony, złamany, pusty. Myra — odeszła! I cała nowoczesna nauka, ze wszystkimi jej osiągnięciami, nie była w stanie nic pomóc.
Doszedł do garażu i powiedział: — Dalej, wyjeżdżaj.
Samochód gładko wycofał i zatrzymał się przy nim. — Coś nie w porządku, szefie? — spytał. — Wygląda pan na zmartwionego. Ciągle kac po wczorajszym?
— Nie… to Myra. Jest chora.
Samochód milczał przez chwilę. Potem powiedział miękko:
— Bardzo panu współczuję, panie Morcheck. Chciałbym, żeby istniał jakiś sposób, żebym mógł pomóc.
— Dziękuję — powiedział Morcheck, zadowolony, że w tej ciężkiej chwili ma przy sobie przyjaciela. — Obawiam się, że tutaj nikt nie jest w stanie pomóc.
Samochód podjechał pod drzwi domu i Morcheck pomógł Myrze wejść do środka. Samochód łagodnie ruszył w drogę.
Przez całą drogę do fabryki delikatnie milczał.
