– Poszukuję swojej dalekiej krewnej – wyjaśnił. – Żeby trafić na jej ślad, powinienem, jak sądzę, zapoznać się z wynikami dochodzenia, jakie sąd w Trondheim przeprowadził w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym.

– Aha. A czego dotyczyło to dochodzenie?

– Czternastego lipca tamtego roku pewna młoda dziewczyna, Petra Olsdatter, odebrała sobie życie nad brzegiem fiordu. Była przy tym moja kuzynka, która starała się uratować nie narodzone jeszcze dziecko samobójczyni, ale jej się to nie udało. Owa Petra zdołała przed śmiercią wypowiedzieć kilka słów, które świadczą, że dziecko mogło być potomkiem naszego rodu.

Dama, osoba w nieokreślonym wieku, bez słowa zabrała się do kartkowania starych protokółów.

– Ale oni przecież zmarli. Oboje, czy tak?

– Tak. No, a ja muszę wyjaśnić różne sprawy, bo rzecz dotyczy spadku – skłamał Andre. Może zresztą to wcale nie było kłamstwo, ba przecież naprawdę w grę wchodziło dziedzictwo. Dziedzictwo zła. – Muszę stwierdzić, czy nie było innych krewnych. Krótko mówiąc, muszę odtworzyć drzewo genealogiczne samobójczyni i jej dziecka.

Pani znalazła chyba właściwy protokół, bo przeczytała kilka zdań z jakiegoś dokumentu, a potem popatrzyła badawczo na swego gościa. Z wyrazu jej twarzy rozpoznał, co ją tak dziwi: Czy to możliwe, by ten świetnie ubrany, kulturalny młody człowiek był krewnym tak nieszczęsnej i nisko upadłej istoty, jaką bez wątpienia była Petra Olsdatter?

Andre odpowiedział na pytanie, którego urzędniczka głośno nie wypowiedziała:

– Nie zawsze kierujemy swoim losem.

– To prawda – szepnęła ubrana na czarno pani. – Ale może chciałby pan przeczytać sam?

– Dziękuję bardzo, chętnie.

– Proszę usiąść tam przy stoliku pod oknem. Chciałabym tylko, żeby pan nie wynosił dokumentów z pokoju.



10 из 196