
Był mroźny wieczór późnej zimy. Wszyscy troje drżeli z zimna, bo kaflowy piec, mimo że palono w nim przez cały dzień, nie był w stanie ogrzać starego salonu w Lipowej Alei. Wilgotny chłód wciskał się bezlitośnie przez nieszczelne futryny okien. Jedyną pociechę stanowiła gorąca herbata i świeże pszenne bułeczki upieczone przez Benedikte.
– Długo obserwowałem i analizowałem charaktery nas trojga – powiedział Andre. – Christy, Vetlego i swój własny. Głowę bym dał, że żadne z nas nie jest ani wybrane, ani obciążone.
– Kogo podejrzewałeś najbardziej? – zapytała Benedikte.
– Vetlego. Przyglądałem mu się przez wiele lat przy każdej okazji, zadawałem pytania dotyczące spraw parapsychologicznych, zastawiałem na niego różne pułapki, ale naprawdę niczego nie odkryłem.
– Do jakich konkluzji doszedłeś? – spytał Henning.
Andre maczał bułeczkę w gorącej herbacie, aż masło się rozpuściło i na powierzchni płynu ukazały się oka tłuszczu.
– Prawdopodobnie do takich samych jak wy – powiedział w końcu.
Przez chwilę wszyscy troje siedzieli w milczeniu. Jakby nie mieli odwagi mierzyć się z tym nowym problemem.
Pierwsza odezwała się Benedikte.
– Ta kobieta na brzegu, którą Vanja spotkała trzynaście lat temu nad fiordem Trondheim. Ona urodziła przecież jakieś dziwne dziecko.
– Które posiadało wiele cech Ludzi Lodu – westchnął Henning. – Tak, ja też wiele o tym myślałem. Kobieta lub ojciec dziecka, któreś z nich mogło być naszym krewnym.
Spoglądali po sobie niespokojnie.
– W takim razie wiemy, o kogo to może chodzić.
– Dziecko jest potomkiem Christera Gripa – mruknął Andre.
– Tak – potwierdził Henning. – Jakoś dotychczas nie słyszeliśmy nic ani o nim, ani o jego ewentualnej rodzinie. Ale to możliwe.
– W takim razie możemy mieć mnóstwo krewnych – westchnęła Benedikte.
– Niekoniecznie. Ludzie Lodu nigdy nie miewali zbyt wiele dzieci. Jedynak, to najbardziej typowe.
