
Teraz jednak zbliżał się do celu.
Auto, jak Andre lubił nazywać maszynę, było fordem prościutko z Fabryki. Karoseria była wysoka, czarna, otwarta, tylko nad przednim siedzeniem miała daszek. Wnętrze obite czarną skórą, lśniącą i elegancką. Samochód wyposażono w duże reflektory i pneumatyczne opony, a także trąbkę, której Andre używał zdaje się trochę zbyt chętnie. Zwłaszcza gdy na drodze pojawiały się młode dziewczęta…
Był nieprawdopodobnie dumny z tego cudu techniki, choć dzielił go ze swoim ojcem. Ta podróż do Trondheim stanowiła dziewiczą wyprawę zarówno dla niego, jak i dla samochodu. Zresztą w całej Norwegii jeździło wówczas wszystkiego nie więcej niż pięćset aut, skoro więc aż dwa z nich należały do Ludzi Lodu, można powiedzieć, że rodzina wyposażona była wyjątkowo.
W ciągu pierwszych godzin za kierownicą Andre śpiewał głośno, by dać upust rozsadzającej go radości. Czuł się jak król, jak niepodległy władca tej drogi!
Z czasem jednak przycichł; nie zawsze droga była gładka i równa. Niekiedy była po prostu marna, a nawet zgoła nie do przebycia. A poza tym wciąż towarzyszył mu lęk, że będzie musiał stanąć z powodu braku benzyny. Raz czy dwa zatrzymała go jakaś usterka silnika, ale wtedy bardzo się przydały techniczne zdolności chłopca. Znajdował się wśród pustkowi, niedaleko gór Dovru, i sam naprawił uszkodzenie. Jak to pewność siebie dodaje sił!
Z przyjemnością też stwierdzał, jak wielką sensację wywołuje na wiejskich drogach.
Sor-Trondelag…
Dolina Ludzi Lodu.
Nie, tej doliny szukał nie będzie. Andre nie odczuwał żadnej potrzeby jej oglądania. Zwłaszcza po opowiadaniu Vanji, kiedy stamtąd wróciła. Wszyscy członkowie Ludzi Lodu powinni się trzymać z daleka od tego miejsca do czasu… Do czasu, gdy pojawi się ten właściwy.
