
– To bardzo miło z pana strony – powiedziała. – Bardzo miło, ale…
– Przystań jest już w porządku, ale powinna ją pani pomalować. Teraz wygląda okropnie – zebrał narzędzia do torby. – Tak, napiłbym się oranżady albo mrożonej herbaty.
Zerknęła na przystań.
– No dobrze – westchnęła – przyniosę coś z domu. Niech pan tu zaczeka.
Skinął głową.
– Proszę zaczekać – powtórzyła.
Znów kiwnął głową, a kiedy się odwróciła, wylazł z wody i ruszył za nią. Przez dłuższy czas nie orientowała się, że depcze jej niemal po piętach.
– Jarl!
Kiedyś będzie musiał jej wyjaśnić, że jego imię nie jest przekleństwem i należy wymawiać je innym tonem.
– Pani malowała, tak? Ma pani ślady farby na policzku. W jakim stanie jest budynek?
– Dom, przystań i cały ten teren to moja sprawa. Nie potrzebuję pomocy. Doceniam, że wystrugał pan tę zabawkę dla Kipa, ale nie potrzebuję niczego.
Robiła wszystko, żeby go zniechęcić. Nie zrażony pogładził ją łagodnie po ramieniu i szedł dalej. Dostrzegał, że próbowała uporządkować to miejsce. Ogród był świeżo skopany, skrawek trawnika przycięty.
– Proszę nie wchodzić do domu – powiedziała groźnie.
– Zgoda – przytaknął z taką miną, jakby pomysł ten wydał mu się wyjątkowo odrażający.
– Maluje kuchnię. Nie mam nic przeciwko poczęstowaniu pana czymś do picia, ale…
Kiedy zniknęła za drzwiami, rozejrzał się dookoła. Gonty kołysały się, w dachu widać było kilka potężnych dziur. Mimo tego budynek wyglądał solidnie. Kilku ludzi mogłoby wyremontować go w parę tygodni.
Wróciła ze szklanką owiniętą w papierową serwetkę. Kiedy mu ją podawała, dojrzał pęcherze na drobnej, białej dłoni. Przełknął słodką oranżadę. Oparł się o balustradę i patrzył z namysłem przed siebie. Kobieta nie zamierzała ruszyć się z progu domu.
– Doskonałe miejsce na saunę – machnął głową, wskazując kawałek gruntu obok werandy.
