
– Cześć – powiedział Jarl, chcąc zachęcić chłopca do rozmowy. Dzieciak stał bez ruchu, poważny i niemy. Miał podarte dżinsy i ślad zaschniętej pasty na policzku. Był szczuplutki, wręcz chudy, ogromne oczy zdawały się wypełniać prawie całą twarz. Jarl uśmiechnął się.
– Mieszkasz na tej wyspie? Przyjechałeś tu z rodzicami? – Żadnej odpowiedzi. Jarl pokiwał głową, – Nie wolno ci rozmawiać z obcymi, prawda? Ja mam trzydzieści trzy lata i ciągle nie mogę przekonać się do rozmów z ludźmi, których nie znam. Jest tu gdzieś twoja mama lub tata? Nie musisz odpowiadać. Wskaż mi tylko ręką lub głową, gdzie mogę ich znaleźć.
Chłopiec zamiast odpowiedzi schylił się i podniósł zabawkę, zniszczony, zardzewiały spychacz, który mocno przycisnął do piersi.
– Ładny – poważnie powiedział Jarl. – Wygląda, jakby odwalił mnóstwo ciężkiej roboty.
Żadnego ruchu głową, brak nawet cienia uśmiechu, tylko kurczowy uścisk na metalowym spychaczu. Jarl gorączkowo szuka! czegoś, co mogłoby uspokoić malca.
– Chyba wszedłem na cudzy teren. Ciekawość to moja najgorsza wada. Widzisz, wczoraj spotkałem ptaszka, który wpadł w kłopoty…
Wreszcie coś, jakby przebłysk życia, pojawiło się w tych wielkich niebieskich oczach.
– Przyleciał stąd, z wyspy. Czy to przypadkiem nie twój ptak? Nie musisz odpowiadać. Możesz tylko skinąć głową. Chciałem się jedynie dowiedzieć, czy z nim wszystko w porządku.
Malec energicznie potrząsnął głową, ale kiedy Jarl zrobił krok do przodu, chłopiec zesztywniał jak głaz. To nie był lekki niepokój, lecz przeogromne, koszmarne napięcie, które sprawiło, że oczy dziecka pojaśniały z przerażenia.
Zaskoczony Jarl zatrzymał się i powiedział łagodnie:
