
Zmarszczył czarne brwi w grymasie irytacji. Czyżby go wreszcie dotknęła?
– Nie sądzę, żeby Hiszpanie mieli monopol na tę szczególną cechę – odparł zimnym tonem. – Amerykanie mają na sumieniu szereg własnych okrucieństw. Najlepszym przykładem jest tu pani brat.
Wzmianka o Brianie spotęgowała rosnące napięcie. Rachel wzdrygnęła się przerażona. Zaczynała odnosić wrażenie, że złość i niechęć tego mężczyzny do jej brata wynikała z jakichś czysto osobistych pobudek. Brian musiał go bardzo skrzywdzić, dopiec mu do żywego… Z trudem opanowała wyobraźnię i powiedziała pozornie spokojnym tonem:
– Cokolwiek Brian zrobił, muszę poznać prawdę… Chciałabym mu pomóc… I wynagrodzić tych, których zranił.
Uśmiechnął się z wyraźnym szyderstwem.
– Jakaż z pani szlachetna osóbka, panno Ellis! – wycedził przez zęby. – Śmiem twierdzić jednak, że pani poświęcenie przyszło odrobinę za późno.
– Jak mam to rozumieć? – Rachel spojrzała mu prosto w oczy.
– Pani brat się ukrywa, ponieważ popełnił przestępstwo, które zaprowadziło jego wspólnika do więzienia – wyjawił bez ogródek.
Rozdział drugi
– To jakaś pomyłka – szepnęła Rachel. – To niemożliwe… – Nieświadomie cofnęła się o krok i oparła się ciężko o jedną z kolumn.
– Obawiam się, że nie.
Musiał spostrzec, że krew raptownie odpłynęła jej z twarzy, ponieważ nic nie mówiąc podszedł ku niej i poprowadził ją do stojącego nie opodal stołu. Gdy już bezpiecznie siedziała na krześle, pomyślała z irytacją, że znów powinna być mu wdzięczna za pomoc i troskę. A więc Brian się ukrywał… Nie do wiary! Gdy nagle podniosła oczy, przerażenie nadało im barwę ciemnego fioletu.
– Chyba… chyba nikogo nie zabił? – zdołała wyjąkać.
Vincente de Riano stał kilka kroków przed nią z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
