
Nieważne, ile lat minęło, skarciła się w duchu. Brian nie mógł być równorzędnym przeciwnikiem dla kogoś takiego jak señor de Riano. Ten człowiek miał nie tylko więcej lat, ale, co ważniejsze, dużo więcej życiowego doświadczenia. To było widać gołym okiem.
Ocierając wierzchem dłoni pot z czoła, usiłowała skupić myśli. Zachodzące słońce silnie przypiekało i nadal dawało się we znaki. Z trudem wydobywając głos, spytała:
– Czy może mi pan powiedzieć, gdzie on teraz przebywa?
– Nie.
– Tego się obawiałam – odparła z rezygnacją. Zapadła chwila głębokiego milczenia.
– Dlaczego pani go szuka?
– To już moja sprawa. – Westchnęła i chwyciła głęboki oddech; poczuła na swych falujących piersiach uważny wzrok mężczyzny.
– Czyżby sam panią wezwał do siebie?
Znów w sercu Rachel wezbrała gorycz, ponieważ Brian nigdy nie wystąpił z taką propozycją. Tak jakby przez te wszystkie lata po prostu nie chciał ich widzieć… Señor de Riano miał prawo myśleć inaczej. Zauważyła, że niecierpliwie czeka na odpowiedź.
– Nie – przyznała posępnie i potrząsnęła głową.
Ten nagły ruch przyniósł nieoczekiwany i całkiem niepożądany skutek: świat zawirował jej przed oczami, zachwiała się na nogach i niechybnie by upadła, gdyby Vincente de Riano nie popisał się zadziwiającym refleksem. Stanowczym ruchem ujął ją pod ramię, ale ona – oszołomiona własną słabością w równym stopniu, co jego siłą, oraz dreszczem, który nieoczekiwanie przeszył jej ciało – usunęła się trwożnie spod jego ramienia. Gdy nieśmiało spojrzała mu w oczy, dojrzała w ich ciemnej głębi zastanawiające błyski.
