– Wypiłaś, ale bardzo małą, możesz wypić jeszcze jedną. Czekaj, skoro te rzeczy poginęły w dawnych czasach, skąd mają ich zdjęcia? Fotografia wtedy nie istniała. Odnaleźli je czy jak? I zgubili ponownie?

Alicja powstrzymała swój ruch w kierunku czajnika i zajrzała do czasopisma.

– Wszystkie były widziane – zakomunikowała. – Wielokrotnie. I opisywane. A niektóre, o, szafir pani de Pompadour, rubiny Nataszy, naszyjnik Klemencji… znalazły się na jakichś portretach czy miniaturach. A resztę rysowano, te zwierzątka i szmaragdy… Diamenty Wiktorii opisano z detalami, fachowo. Komputerowo odtworzyli i zrobili z tego zdjęcia, tak to powinno było wyglądać, mogą istnieć różnice, ale minimalne. Niezły pomysł, swoją drogą…

Pozwoliłam jej zrobić następną kawę, oglądając komputerowe osiągnięcia i szczerze żałując, że duński język jest mi niedostępny. Na ile zdołałam się zorientować, w tekście podane były daty, kiedy cenny przedmiot ostatni raz widziano. Także miejsce i, być może, nazwisko osoby oglądającej. Nazwisko zresztą niepewne, bo ten ostatni oglądacz mógł się zwyczajnie nie przyznać, szczególnie jeśli zarazem był złodziejem.

– No i tą lampą Bełkot mnie zdenerwował ostatecznie… – podjęła Alicja.

– Blekot – poprawiłam.

– Wszystko jedno. To przez ciebie, więc teraz odkręcaj.

– Mnie się zdaje, że już odkręciłam, ale Blekot widocznie nie czytał. Ty im mów, żeby się złapali za słowo pisane i poza tym na ich gadanie nie zwracaj uwagi.

– Jak mam nie zwracać uwagi, skoro mi taki przygłupek lata po całym domu i rozwala pudła!

Z wielką energią zaprotestowałam przeciwko obarczaniu mnie winą za poczynania Blekota. Alicja zlekceważyła moje protesty, z nową kawą usiadła przy stole i ponownie sięgnęła po czasopismo.



11 из 231