
– To jest w ogóle tłumaczenie angielskiego felietonu – oznajmiła, odwracając strony. – Z ich czasopisma. The Sun. Poniżej National Geographic, ale jeszcze nie brukowiec. Nie miewam tego, więc skąd się wzięło? Naprawdę nie ty przywiozłaś?
– Gdybym miała przywozić cokolwiek w obcym języku, to chyba prędzej po angielsku niż po duńsku, nie? Ale odczep się, nie przywoziłam. Blekot ci podrzucił.
– I do tej pory leży?
Przyjrzałam się jej z politowaniem, co i tak się zmarnowało, bo Alicja akurat nie patrzyła na mnie. Musiałam jednak wysyłać jakieś fluidy, skrzywiła się bowiem niecierpliwie.
– Oj, dobrze już, dobrze, możliwe, że różne rzeczy jakiś czas tu leżą…
– Ćwierć wieku.
– …ale i tak to nie moje. Po cholerę Blekot miał mi podrzucać?
– Nie wiem. Wymyśliłam to przed chwilą. Mnie bardziej intryguje, po co właściwie on tu przyjechał. Nie wierzę, że z wizytą do lampy. I, bardzo cię przepraszam, ale nie wierzę, że z czystej miłości do ciebie. Miał jakieś interesy do pozałatwiania i potrzebne mu było darmowe lokum? Mówił coś? A…! A w ogóle czym przyjechał?
– Samochodem. Darmowe lokum wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Coś tam bredził o interesach, nie słuchałam, bo co mnie jego interesy obchodzą. Tylko nie wiem, kiedy miał je załatwiać, bo cały czas tu siedział.
– Długo?
– Trzy dni.
– Niczego nie ukradł?
– Co mógł ukraść?
– Nie wiem. Cokolwiek. Do znikania przedmiotów z twojego domu masz oko jastrzębia. Żaden brak nie zwrócił twojej uwagi?
– Nie strasz mnie – zaniepokoiła się Alicja. – Nie sprawdzałam wszystkiego. Ale chyba nie, bo latałam za nim i patrzyłam mu na ręce, pilnowałam, żeby mi nie poprzekładał i nie poprzestawiał, w ceramikę patrzył jak sroka w gnat, ale jakoś z ceramiki nic nie zginęło. Czepiał się czerwonej lampy, jak jakiś maniakalny paranoik, i upierał się ją znaleźć. I tyle.
