
Zajrzawszy do lodówki, osłupiałam doszczętnie. Połowa jednej półki zajęta była jakąś szaloną ilością mrożonych filetów z ryby, zwyczajnych, nie panierowanych, zaczynających się już rozmrażać. Pomyślałam, że chyba mi się w oczach mieni.
– Alicja, czy ja mam omamy? – spytałam niespokojnie.
– To chyba sama powinnaś lepiej wiedzieć? – odparła Alicja znad patelni. – Nie stój tak i nie trzymaj jej otwartej, ile razy mam powtarzać, że ona tego nie lubi!
Czym prędzej zamknęłam lodówkę, po czym otworzyłam ją ponownie.
– Myślałam, że tamtą grymaśną zdążyłaś zamienić na jakąś nowszą. Pozwolisz, że jednak coś wyjmę…? Skąd, na litość boską, wzięło się tu tyle ryby?!
– Ze sklepu.
– Zgaduję, że nie łowiłaś jej w morzu osobiście. Czy to ja ją mam zjeść?
– Oszalałaś! Nie bierz tego do ust!
– Mam jeść uszami…?
– Głupia jesteś, to nie do jedzenia. Mam na myśli, nie dla ludzi.
Znalazłam pasztet i sałatkę i zamknęłam lodówkę, odgradzając się od niepojętego zjawiska. Toster mi brzęknął grzankami.
– A można wiedzieć dla kogo? – spytałam ostrożnie.
– Dla nich – odparła Alicja i łopatką do teflonowych patelni machnęła w kierunku tarasu. – O, proszę, już są. Czekają na kolację.
Położyłam na stole produkty spożywcze, popatrzyłam na otwarte drzwi do ogrodu i osłupiałam po raz drugi.
