
Z wielkim zainteresowaniem i równą mu tkliwością przyglądałam się teraz procedurze karmienia. Jedna mała kocia puszka i trzy fileciki rybne, bardzo racjonalnie. Chociaż ja z pewnością dałabym im sześć filecików, po dwa na głowę, ponieważ zawsze lubiłam karmić zwierzątka.
Z jej wyjaśnień wywnioskowałam, że koty pojawiły się po wizycie Blekota, a zatem bardzo niedawno, ileż to…? Zaledwie dwa miesiące temu! Jakim cudem zdążyła je już wytresować? Koty są nieufne…
Wcześniej siedziały nieruchomo w progu, teraz, na widok puszki z mięskiem i ryby, którą Alicja pomachała w ich kierunku, zanim włożyła ją na chwilę do mikrofalówki, ruszyły jak na komendę i wbiegły do domu. Do kuchni. Otarły się o jej nogi i usiadły dookoła dużego, płaskiego, jednorazowego talerza, na mnie nie zwracając najmniejszej uwagi. Jeść zaczęły równocześnie i bardzo zgodnie.
– Przez dwa miesiące tak je przyuczyłaś? – spytałam podejrzliwie.
Alicja zachichotała.
– Wcale nie przez dwa miesiące, tylko przez całą zimę. Od jesieni. Zakradały się, głodne, no więc dawałam im jeść na tarasie. To mądre koty, przyniosły mi w prezencie trzy myszy…
– Wiedziały, czym się zasłużyć!
– Przecież mówię, że mądre. W marcu były wichry i talerze fruwały po całym ogrodzie, więc musiałam dawać im jeść w domu. A przez Blekota zwabiłam je całkiem, zaraz zobaczysz, co będzie. Ty chyba rzeczywiście masz jakieś pozytywne cechy, bo im nie przeszkadzasz, z obcych osób nie każdego lubią.
– Ja żyję z kotami w symbiozie od urodzenia – powiadomiłam ją z lekką urazą. – Te są dzikie, nie domowe, z daleka widać. Odrobaczyłaś je?
