
Anita usiadła na czasopiśmie z klejnotami. Uniosła się, pomacała i wyciągnęła je spod siebie.
– O, a skąd to się tu wzięło? – zdziwiła się, przerzucając strony. – Mnie zginęło gdzieś w domu. Też to prenumerujesz?
Alicja odstawiła pudełko z kawą.
– Co…? A, to. Nie, i właśnie sama się dziwię. Nie wiem, czyje to, myślałam, że Joanny, ale ona się wypiera. Może twoje?
Anita zajrzała na koniec.
– Pewnie, że moje. O, tu zapisałam wizytę u kosmetyczki, dobrze chociaż, że pamiętałam datę i godzinę. Jakim sposobem przyszło do ciebie? To kwietniowy numer, mnie przecież od kwietnia w ogóle nie było, krążyłam między Szwecją i Polską, wróciłam dopiero trzy dni temu. Kto ci to przyniósł?
– Pojęcia nie mam. Możesz sobie zabrać z powrotem.
– Nie, mnie na tym nie zależy, z ciekawości pytam. Jestem dociekliwa.
– Ja też – powiedziała Alicja z lekkim naciskiem. – Na ogół własny dom zapełniam sama…
– I to dość dokładnie – mruknęłam pod nosem i pozwoliłam sobie nalać koniaku do kieliszków.
– …więc jeśli coś się pojawia bez powodu, chciałabym wiedzieć, skąd się wzięło. Był u ciebie ktoś z moich gości?
– Nie mam pojęcia, jakich miałaś gości, a jeśli nawet ktoś był u mnie, nic o tym nie mogę wiedzieć, skoro mnie nie było.
– Niemożliwe, żebyś nie wpadała czasem chociaż na chwilę. Jasio wymaga wiktu i opierunku.
– Jasio umie sam jeść i korzystać z pralki. Ale masz rację, wpadałam na dzień albo dwa chociażby dla zmiany odzieży, nie wożę ze sobą kufrów. Czekaj, niech się zastanowię…
Słuchałam bez niepokoju, bo nie powinny były się pokłócić, dążąc do tego samego celu. Chyba że o Jasia.
Jasio właśnie przekroczył osiemnasty rok życia i był jedynym synem Anity, całkowicie sprawnym i w pełni przystosowanym do normalnej, ludzkiej egzystencji, Anita zaś nigdy nie należała do matek nadopiekuńczych. Poza tym, w razie potrzeby, dbał o niego ojciec, Henryk, jej rozwiedziony mąż, znacznie bardziej troskliwy. Dla Alicji jednakże sama wzmianka o potrzebach najbliższego członka rodziny stanowiła objaw histerii i nie tolerowała najniklejszego nawet cienia niepokoju o własne dziecko, męża, matkę czy brata. Szczególnie tępiła zmartwienia na tle mężów i możliwe, że miała trochę racji, to oni powinni martwić się o nas, a nie my o nich. Jasio stanowił mniejsze zagrożenie.
