Po szarży kota Alicja nie mogła już stroić grymasów, chociaż nad rękawem Anity nie wydziwiała zbytnio. Prztyknęłam czajnikiem i wyjęłam filiżankę, kiedy rozwijała paczuszkę.

W środku znajdował się prześliczny, włochaty konik, stający dęba na kawałeczku trawy. Alicja mogła nie lubić Anity, ale wiadomo było, że konikowi się nie oprze. Zachwyciła się nim uczciwie.

– Coś pięknego! Takiego nie miałam! Zaraz go ustawię, siadaj, napijesz się kawy. Czekaj, zdaje się, że mam jakieś czekoladki, Joanna, jeśli dosięgniesz drzwiczek od szafki, to tam stoi Napoleon…

Zrozumiałam, że robimy przyjęcie, konik i kot przysłużyły się Anicie, która najwidoczniej czymś się musiała ostatnio Alicji narazić. Żadnych informacji na ten temat chwilowo jeszcze nie miałam.

Owszem, udało mi się dosięgnąć drzwi szafki, tyle że trzeba było w tym celu wedrzeć się pomiędzy dwa pudła. Od trzech lat Alicja tonęła w pudłach, przeznaczonych na rozmaite rzeczy, których jeszcze nie zdążyła do tych pudeł powtykać. Tymczasową ich zawartość stanowiły rośliny w różnej postaci, to cebulek, to nasionek, to ususzonych kwiatów i owoców, mieszcząc się w nich raczej z wielką łatwością. Chociażby jedna łodyżka ostróżki, ulokowana w pudle po telewizorze…

Nic już o tym nie mówiłam, żeby Alicji nie drażnić, aczkolwiek osobiście przeniosłabym tę ostróżkę przynajmniej do pudełka po butach. U siebie miałam odwrotność, na jesieni cebule i nasiona wysypywały mi się wierzchem ze znacznie mniejszych zasobników, a zasuszone wiechcie wykluczały korzystanie z półki w garderobie. Zważywszy jednak mój ogólny stosunek do porządku, byłam ostatnią osobą na świecie, która mogłaby Alicję krytykować.

Wyjęłam czekoladki i kieliszki, nie stłukłam butelki Napoleona i wróciłam do stołu, rozdeptując po drodze tylko jedną małą makówkę, nie wiadomo, skąd pochodzącą.



21 из 231