
– Przecież cię denerwuję!
– No to co? Stęskniłam się za tobą. Dlaczego musisz wracać?
– Bo w tym roku goście przyjeżdżają do mnie. Poza tym, chcę posadzić zielska, te, które ukradnę u ciebie…
– Wcale nie musisz kraść, możesz wziąć zwyczajnie.
– Kradzione lepiej rosną. Wykopię je sobie, jak będziesz odwrócona tyłem. W ostatniej chwili.
Na razie niczego jeszcze nie wykopywałam, siedziałam na tarasiku i napawałam się atmosferą. Alicja w skupieniu obmacywała drzewo, nie porzucając w pełni tematu.
– Ten kretyn tu był – powiadomiła mnie nagle. – Ten Blekot. I dopytywał się o czerwoną lampę.
Prawie podskoczyłam, chociaż na tym właśnie ogrodowym krześle było to wręcz niemożliwe.
– Żartujesz…!
– Nie. Wcale. Był i pytał.
– Kiedy?!
– Nie pamiętam. Ale niedawno, w kalendarzu mam zapisane. Gdzieś na początku maja, jak kwitły tulipany. Przyjechał znienacka, bez zapowiedzi, i od razu uczepił się lampy…
– Przecież ci mówiłam, że to idiota!
– Idiota – zgodziła się Alicja. – Tyle zdołałam zauważyć sama, i to już dawno. Ale, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, o co mu chodziło.
Zainteresowałam się z lekkim wstrętem, bo Ernest Blekot, z którym miałam krótki kontakt zawodowy w samej wiośnie życia i którego nie widziałam potem na oczy przez prawie trzydzieści lat, pozostał w mojej pamięci jako postać obrzydliwa. Nie zewnętrznie, broń Boże! Zewnętrznie był wysokim, przystojnym facetem, z bujną czupryną i całkiem dorzeczną twarzą, charakter natomiast posiadał wredny, jak rzadko. Oszust, lizus, donosiciel, łgarz i złodziej. Nie kradł wprawdzie zegarków i portfeli, ale przywłaszczał sobie cudze pomysły, cudze osiągnięcia, cudze zasługi, cudze wszystko, jeśli tylko było warte zabiegów. Mojego własnego kuzyna wykolegował artystycznie, odbierając mu koncepcję projektu, inwestora i zyski materialne, a działo się to w moich oczach, właśnie wtedy, kiedy z nimi krótko pracowałam i też poniosłam straty, całe szczęście, że niewielkie. Jeszcze się chwalił paryską, tiulową halką żony, prezentowaną na fotografiach…! Odrażający zbuk.
