
I to ohydne indywiduum ośmieliło się w dziesięć lat później pojawić u Alicji i powołać na przyjaźń ze mną! Alicja rychło wywęszyła jego zalety wewnętrzne i przy najbliższej okazji rzuciła się na mnie z pazurami, jakich to ja, do cholery, przyjaciół na nią nasyłam, czym najpierw wpędziła mnie w kompletne osłupienie, a potem omal nie przyprawiła o apopleksję.
Trochę potrwało, zanim zdołałam wyjaśnić sprawę, za to uczyniłam to rzetelnie. Wśród wściekłych ryków i dzikich awantur udało mi się wreszcie wpoić w nią wiedzę o moim prawdziwym stosunku do wciąż jeszcze w tamtych czasach uroczego młodzieńca.
– Wyłysiał może? – spytałam teraz z dużą nadzieją.
– Nie, osiwiał trochę. Nawet mu z tym do twarzy.
– Szkoda.
– Ale utył. Gruby jak… powiedzmy… trzy czwarte wieprza.
– Wolałabym półtora. I co? Mam potworne podejrzenia, że nocował u ciebie.
– A jak? Oni wszyscy przecież nocują u mnie. Hotel dla nich nie istnieje, a do tego coś mi się widzi, że Blekot jest skąpy. Ze strasznym wysiłkiem wyciągnął butelkę wina. Oczywiście z promu.
– Jedną?
– Jedną.
– I nie koniak ani whisky! Zawsze był skąpy i widzę, że mu nie przeszło. Zaprosiłaś go?
– Skąd! – oburzyła się Alicja i wreszcie usiadła po drugiej stronie stołu. – Sam się przymówił.
– A ty z radosnym uśmiechem…
– Nie z żadnym uśmiechem, tylko z rezerwą. I nie mogłam odżałować, że łóżko w gościnnym pokoju jest przygotowane, bo byłabym nieprzyzwoicie zwlekała z wyciągnięciem pościeli. Nie miałam z czym zwlekać i zła byłam.
Zdziwiłam się.
– Łóżko miałaś przygotowane? Kto cię tak urządził?
