
Arcymag, poświęcając wiele wysiłku i czasu, mógł czasem zdobyć laskę z gałęzi myślącej gruszy, rosnącej jedynie w miejscach, gdzie trwała pradawna magia. Na całym obszarze nad Okrągłym Morzem istniały najwyżej dwie takie laski. Wielki kufer z takiego drewna… Rincewind liczył przez chwilę. Doszedł do wniosku, że gdyby nawet kufer pełen był gwiezdnych opali i prętów auricholatum, zawartość nie byłaby warta nawet dziesiątej części ceny opakowania. Żyła zaczęła pulsować na skroni maga.
Wstał i zbliżył się do zajętej rozmową trójki.
— Czy mógłbym w czymś pomóc? — zaproponował.
— Spływaj stąd, Rincewind — warknął Grubas.
— Pomyślałem tylko, że dobrze byłoby zwrócić się do tego dżentelmena w jego ojczystej mowie — wyjaśnił uprzejmie mag.
— Sam doskonale sobie radzi — oświadczył oberżysta, ale cofnął się o krok.
Rincewind uśmiechnął się grzecznie do obcego i rzucił parę słów po chimerańsku. Szczycił się płynną znajomością tego języka, lecz przybysz zrobił tylko zdziwioną minę.
— Nic z tego — wtrącił pewnym głosem Hugh. — To ta książka, rozumiesz? Mówi mu, co powiedzieć. Magia.
Rincewind przeszedł na szlachetny borograviański, potem na vanglemesht, sumtri, a nawet czarny oroogu, język bez rzeczowników i z jednym tylko przymiotnikiem, w dodatku nieprzyzwoitym. Każda próba spotykała się z uprzejmym brakiem zrozumienia. W rozpaczy spróbował pogańskiego trob i twarz małego człowieczka rozjaśniła się uśmiechem zachwytu.
— Nareszcie! — zawołał. — Szlachetny panie! To zadziwiające!
(W trob ostatnie słowo oznaczało dokładnie „rzecz, która może się zdarzyć raz tylko w okresie używalności kanoe wydłubanego pilnie toporem i wypalonego starannie z najwyższego spośród diamentowych drzew rosnących w słynnym diamentowym lesie
