
w dolnych partiach zboczy Góry Ayawaya, będącej według legendy siedzibą bogów ognia”).
— Co to znaczy? — spytał podejrzliwie Grubas.
— Co powiedział oberżysta? — spytał mały człowieczek. Rincewind przełknął ślinę.
— Grubas — rzucił. — Dwa kufle twojego najlepszego piwa, jeśli łaska.
— Rozumiesz go?
— Oczywiście.
— Powiedz mu… powiedz, że witamy go serdecznie. Powiedz, że śniadanie kosztuje… no… jedną sztukę złota. — Przez moment twarz Grubasa wyglądała, jakby pod nią toczyła się zażarta walka. Wreszcie, w porywie wielkoduszności dodał: — Dołożę też twoje.
— Przybyszu — rzekł spokojnie Rincewind. — Jeśli się tu zatrzymasz, do wieczora zostaniesz otruty albo zadźgany nożem. Ale nie przestawaj się uśmiechać, bo inaczej mnie to spotka.
— Och, daj spokój. — Obcy rozejrzał się dookoła. — To piękny lokal. Prawdziwa morporkiańska tawerna. Tyle o nich słyszałem… Jakie ciekawe belkowania. I całkiem rozsądne ceny.
Rincewind spojrzał wokół siebie na wypadek, gdyby jakiś wyciek czarów z Dzielnicy Magów za rzeką przeniósł ich nagle w zupełnie inne miejsce. Ale nie — wciąż byli pod „Rozbitym Bębnem”, wśród ścian czarnych od dymu, z podłogą zasypaną kompostem starej trzciny i bezimiennych robaków, z kwaśnym piwem nie tyle kupowanym, ile wypożyczanym na chwilę. Próbował dopasować jakiś obraz do słowa „ciekawe”, a raczej jego najbliższego trobińskiego odpowiednika, który oznaczał „przyjemną odmienność konstrukcji spotykaną w koralowych chatkach gąbkożernych pigmejów z półwyspu Orohai”.
Umysł Rincewinda osłabł z wysiłku. Gość mówił dalej:
— Nazywam się Dwukwiat.
Wyciągnął rękę. Trzej jego rozmówcy pochylili się instynktownie, by sprawdzić, czy trzyma w niej monetę.
— Miło mi cię poznać — odparł Rincewind. — Jestem Rincewind. Posłuchaj, ja wcale nie żartowałem. To niebezpieczne miejsce.
