
— Hm! — powiedział Van der Hoose. A więc, innymi słowy, nie życzysz sobie osób postronnych na naszym terenie? Tak?
— Właśnie tak — twardo oświadczył Komow.
Van der Hoose wzruszył ramionami.
— No cóż… — pomyślał niedługą chwilę, zabrał Komowowi kartkę i dopisał na niej kilka słów. — A w takiej formie może iść?EZ-2 do Bazy — przeczytał szybko. — Pilna. W kwadracie sto dwa znaleziono rozbity ziemski statek typu „Pelikan” numer rejestracyjny taki to a taki, na statku zwłoki dwojga ludzi, przypuszczalnie kobiety i mężczyzny, dziennik pokładowy został starty, szczegółową ekspertyzę… — tu Van der Hoose podniósł głos i znacząco uniósł palec — rozpoczynamy jutro”. Jak sądzisz, Giennadij?
Przez kilka sekund Komow w zadumie kołysał się na obcasach.
— No cóż — powiedział wreszcie — niech będzie tak. Wszystko, co chcesz, byle tylko nam nie przeszkadzali. Niech będzie tak.
Nagle gwałtownie ruszył z miejsca i wyszedł. Van der Hoose odwrócił się do mnie.
— Nadaj to, proszę cię. I chyba już pora na obiad, jak sądzisz? — wstał i w zadumie powiedział jedno ze swych zagadkowych zdań: — Byle było alibi, a trup się zawsze znajdzie.
Zakodowałem depeszę i nadałem ją na ekspresowym impulsie. Czułem się jakoś nieswojo. Coś bardzo niedawno, dosłownie minutę temu utknęło mi w podświadomości i przeszkadzało jak drzazga. Posiedziałem przed radiostacją nadsłuchując. Tak to zupełnie co innego — nadsłuchiwać, kiedy wiesz, że na statku jest pełno ludzi.
