— Domyślałem się tego — pokiwał głową van Ryberg. — Możemy rozmawiać o Karellenie bez końca, ale zawsze wracamy do tego samego pytania: dlaczego ten diabeł nie chce się pokazać? Dopóki tego nie uczyni, będę nadal snuł przypuszczenia, a Liga Wolności będzie wciąż protestować. — Buntowniczo spojrzał w sufit. — Mam nadzieję, panie Kontrolerze, iż nadejdzie taki dzień, że jakiś wścibski reporter doleci rakietą do pańskiego statku i kuchennymi drzwiami wpakuje się do środka. Ależ to byłaby sensacja!

Jeśli nawet Karellen to słyszał, to wcale nie zareagował. Choć, rzecz jasna, zawsze tak postępował.

W ciągu pierwszego roku po przybyciu Zwierzchników wydarzenie to miało mniejszy wpływ niż można się było tego spodziewać. Zwierzchnicy byli wszechobecni, ale ta obecność nie była przytłaczającym ciężarem. Jakkolwiek nad mało którym z wielkich miast Ziemi nie unosił się jeden z tych srebrnych, lśniących statków, wkrótce ich obecność stała się czymś równie oczywistym, co istnienie słońca, księżyca czy chmur. Większość ludzi prawie nie zdawała sobie sprawy z tego, że stale podnoszący się poziom życia zawdzięczali Zwierzchnikom. Kiedy jednak zaczynali się nad tym zastanawiać, co nie zdarzało się często, uświadamiali sobie, że te nieruchome statki są gwarantem pokoju, jaki po raz pierwszy w historii zapanował na całym świecie. Wtedy czuli wdzięczność.

Były to jednak korzyści wynikające z zaniechania pewnych działań, a więc mało spektakularne, i niebawem o nich zapomniano. Zwierzchnicy trzymali się na uboczu, kryjąc swe oblicza przed rodzajem ludzkim. Karellen potrafił budzić respekt i szacunek, ale jak długo kontynuował politykę pozostawania w cieniu, tak długo nie mógł liczyć na żadne cieplejsze uczucia ze strony ludzi. Właściwie trudno było nie czuć niechęci do tych mieszkańców Olimpu przemawiających do ludzkości za pomocą telefaxu zainstalowanego w siedzibie Sekretariatu Organizacji Narodów Zjednoczonych.



19 из 215