
Stormgren źle sypiał, co było dość niezwykłe, gdyż wkrótce miał na zawsze pozbyć się trosk związanych ze swoim urzędem. Od czterdziestu lat służył ludzkości, a od pięciu jej panom i niewielu ludzi, patrząc wstecz na swoje życie, mogło tak jak on powiedzieć, że udało im się zrealizować większość swoich planów. Być może, na tym właśnie polegał jego problem; w nadchodzących latach, ile by mu ich nie zostało, nie będzie kolejnych celów do osiągnięcia, co nadawałoby życiu jakiś sens. Od czasu gdy Marta umarła, a dzieci pozakładały własne rodziny, więzy łączące go ze światem wyraźnie osłabły. Może spowodował to fakt, że zaczął identyfikować się ze Zwierzchnikami i w ten sposób odizolował się od innych ludzi.
To była jeszcze jedna z tych niespokojnych nocy, podczas których jego umysł pracował bez przerwy jak silnik samochodu, którego kierowca wysiadł tylko na chwilę. Wiedział, że próby zmuszenia organizmu do snu skazane są na niepowodzenie, więc niechętnie podniósł się z łóżka. Narzuciwszy szlafrok, wyszedł na spacer do ogrodu znajdującego się na dachu przed jego skromnym mieszkankiem. Wśród podlegającego mu personelu nie było nikogo, kto nie mieszkałby w bardziej komfortowych apartamentach, ale taki standard w zupełności wystarczał Stormgrenowi. Zresztą pozycja, jaką osiągnął, sprawiała, że ani stan posiadania, ani żadne zaszczyty nie mogły jej już polepszyć.
Noc była ciepła, prawie duszna, ale niebo było czyste, a na południowym wschodzie, nisko nad horyzontem, wisiał lśniący księżyc. Luna świateł odległego Nowego Jorku rozjaśniała mrok niczym mroźna zorza.
Stormgren oderwał wzrok od uśpionego miasta i powiódł nim w górę, na wysokość, którą jemu jedynemu z żyjących ludzi było dane pokonać. Mimo odległości dostrzegł błyszczący w blasku księżyca kadłub statku Karellena..
