
Gdy Joe uprzejmym kiwnięciem ręki zaprosił go do salonu, czekali już na niego zebrani wokół topornego stołu. Stormgren z rozbawieniem zauważył, że olbrzymi dozorca ostentacyjnie obnosił się teraz z ogromnym pistoletem, którego przedtem wcale nie pokazywał. Pozostali dwaj porywacze gdzieś zniknęli i nawet Joe, jak na niego, zachowywał się bardzo powściągliwie. Stormgren natychmiast spostrzegł, że stanął przed ludźmi dużego formatu i że grupa, na którą patrzy, dziwnie przypomina mu widziany niegdyś obraz przedstawiający Lenina wraz z towarzyszami w pierwszych dniach rewolucji. U tych sześciu ludzi wyczuwał taką samą siłę intelektu, żelazną wolę i bezwzględność. Joe i jemu podobni byli nieszkodliwi; natomiast ci stanowili prawdziwy mózg organizacji.
Pozdrowiwszy przybyłych uprzejmym skinieniem głowy, próbując nie okazywać zdenerwowania, podszedł do jedynego pustego krzesła. W tym momencie siedzący po przeciwnej stronie stołu starszy, krępy mężczyzna nachylił się do przodu i wbił weń przenikliwe spojrzenie szarych oczu. Stormgren poczuł się nieswojo i przemówił pierwszy, czego początkowo nie zamierzał robić.
— Przypuszczam, że przybyliście tu, aby omówić warunki. Jak wysoki ma być okup?
Zauważył, że ktoś siedzący w głębi zaczął zapisywać jego słowa w notesie. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie.
Przywódca odpowiedział z melodyjnym, walijskim akcentem:
— Można to i tak określić, panie sekretarzu. Jednak interesują nas informacje, a nie gotówka.
,A wiec o to chodzi — pomyślał Stormgren. — Jestem jeńcem wojennym, którego się przesłuchuje”.
— Pan wie, jakie są nasze pobudki — ciągnął tamten miękkim, śpiewnym głosem. — Jeżeli pan chce, może nas pan nazywać ruchem oporu. Wierzymy, że prędzej czy później Ziemia będzie musiała walczyć o swoją niepodległość, ale zdajemy sobie sprawę i z tego, że walka może być prowadzona jedynie metodami pośrednimi, takimi jak sabotaż lub bojkotowanie rozkazów.
