
— A co właściwie chcielibyście wiedzieć? — zapytał ostrożnie Rikki.
Wydawało się, że te szare oczy potrafią przejrzeć go na wylot. Jeszcze nikt nigdy tak na niego nie patrzył. Potem śpiewny głos powiedział:
— Czy pan wie, kim lub czym są Zwierzchnicy? Stormgren prawie się uśmiechnął.
— Proszę mi wierzyć — odparł — że chciałbym to wiedzieć tak samo jak wy.
— A zatem odpowie pan na nasze pytania?
— Niczego nie obiecuję. Może. Usłyszał, jak Joe odetchnął z ulgą i przez pokój przeleciał szmer oczekiwania.
— Wiemy, przynajmniej mniej więcej, w jakich okolicznościach spotkał się pan z Karellenem. Jednak może zechce je nam pan dokładnie opisać, nie pomijając nawet najdrobniejszych szczegółów.
W tym akurat nie było żadnego ryzyka. Opowiadał to już tyle razy, że mógł powiedzieć jeszcze raz, a w ten sposób sprawi wrażenie, że z nimi współpracuje. Poza tym byli to ludzie o przenikliwych umysłach i może uda im się odkryć coś nowego. Chętnie powitają każdą nową informację, jaką od niego, uzyskają, dopóki będzie miał coś do powiedzenia. Zresztą ani przez chwilę nie wierzył, aby cokolwiek z tego, co im powie, mogło zaszkodzić Karellenowi.
Stormgren włożył ręce do kieszeni i wyjął ołówek oraz starą kopertę. Szybko rysując i jednocześnie mówiąc, zaczął:
— Oczywiście wiecie panowie, że w regularnych odstępach czasu przylatuje po mnie mała maszyna latająca nie mająca żadnych widocznych źródeł napędu, która zabiera mnie na pokład statku Karellena. Dociera ona do statku i wnika weń; z pewnością widzieliście filmy, jakie przy takich okazjach nakręcono za pomocą teleobiektywów. Drzwi, jeżeli można to nazwać drzwiami, otwierają się ponownie i wchodzę do małego pomieszczenia wyposażonego w stół, krzesło i ekran wizyjny. Wygląda to mniej więcej tak.
