
Stojąc w mroku chwilowego zaćmienia słońca, spoglądał przez okno, aż statek i jego gigantyczny cień zniknęły na południu. Nie towarzyszył temu żaden dźwięk; powietrze nawet nie drgnęło i van Ryberg zrozumiał, że wrażenie pozornej bliskości statku było złudą i że przeleciał on co najmniej kilometr nad jego głową. A potem budynek zatrząsł się w posadach pod uderzeniem fali dźwiękowej i rozległ się brzęk tłuczonego szkła, gdy jakieś okno zostało wduszone do środka.
W biurze za jego plecami rozdzwoniły się wszystkie telefony naraz, ale van Ryberg nie ruszył się z miejsca. Stał przy oknie, opierając się o parapet i patrząc wciąż na południe, sparaliżowany demonstracją bezgranicznej potęgi Zwierzchników.
Kiedy Stormgren mówił, miał wrażenie, że jego umysł pracuje teraz dwutorowo. Z jednej strony próbował przeciwstawić się ludziom, którzy go porwali, lecz jednocześnie miał nadzieję, że pomogą mu rozgryźć tajemnicę Karellena. Gra była niebezpieczna, ale ku własnemu zdziwieniu znakomicie się bawił.
Większość pytań zadawał niewidomy Walijczyk. Siedzenie tego, jak ten żywy, przenikliwy umysł podejmował kolejne próby, sprawdzając i odrzucając wszystkie te teorie, które Stormgren już dawno uznał za jałowe i fałszywe, było fascynujące. W końcu tamten z westchnieniem odchylił się do tyłu.
— To do niczego nie ’prowadzi — powiedział z rezygnacją. — Potrzebujemy nowych faktów, a to oznacza działanie, nie dyskusję.
Niewidzące oczy wydawały się w zadumie spoglądać na Stormgrena. Przez chwilę przywódca porywaczy nerwowo bębnił palcami po stole. Była to pierwsza oznaka niezdecydowania, jaką sekretarz u niego zauważył. Po chwili Walijczyk podjął rozmowę:
