
— Jestem trochę zdziwiony, panie sekretarzu, że nigdy nie uczynił pan niczego, aby dowiedzieć się czegoś o Zwierzchnikach.
— A co by pan zrobił na moim miejscu? — spytał chłodno Stormgren, próbując ukryć ciekawość. — Powiedziałem wam już, że pokój, w którym prowadzę rozmowy z Karellenem, można opuścić tylko w jeden sposób: prosto na Ziemię.
— Może udałoby się — rozmyślał tamten — skonstruować urządzenie, które pozwoli nam dowiedzieć się czegoś. Nie jestem naukowcem, ale możemy zorientować się w tej kwestii. Jeżeli uwolnimy pana, to czy zechce nam pan pomóc w realizacji takiego planu?
— Pozwólcie panowie — powiedział gniewnie Stormgren — że raz na zawsze wyjaśnię moje stanowisko w tej sprawie. Karellen usiłuje zjednoczyć świat, a ja nie sprzymierzę się z jego wrogami. Nie znam wszystkich jego planów, ale wierzę, że pragnie naszego dobra.
— Jakież mamy na to dowody?
— Wszystkie jego działania, jakie podjął od chwili, gdy te statki pojawiły się na naszym niebie. Wskażcie proszę choć jeden jego czyn, który w ostatecznym rozrachunku nie okazał się błogosławiony w skutkach. — Stormgren przerwał na chwilę, wracając myślą do minionych lat. I nieoczekiwanie uśmiechnął się. — Jeśli potrzebny wam dowód na wrodzoną Zwierzchnikom, jakby to ująć, chęć czynienia dobra, pomyślcie o zakazie znęcania się nad zwierzętami, który wydali w miesiąc po przybyciu. Jeśli miałem jakieś wątpliwości co do intencji Karellena, to właśnie wtedy pozbyłem się ich, mimo iż ten zakaz wywołał więcej problemów niż cokolwiek, co zrobił potem.
„Nie było w tym cienia przesady” pomyślał Stormgren. To wydarzenie było niezwykłym, pierwszym przejawem nienawiści, jaką Zwierzchnicy żywili do okrucieństwa. Ona właśnie oraz umiłowanie porządku i sprawiedliwości były chyba głównymi emocjami, jakimi kierowali się w życiu, jeśli można ich oceniać na podstawie tego, co robili. Był to także jedyny raz, kiedy Karellen się rozgniewał, a przynajmniej tak się wydawało.
